Słowenia to bardzo mały kraj. Obszarowo jest nieco większy od województwa małopolskiego, natomiast pod względem liczby ludności tylko trochę przewyższa Warszawę, i mimo tego, że to tak mały kraj, chciałem tam spędzić ponad dziesięć dni.
By się tam dostać w miarę tanio trzeba się trochę natrudzić, bo niby kraj europejski, niby blisko, a bezpośrednich połączeń prawie nie ma. Są jakieś loty na trasie Warszawa-Ljubljana, ale w bezsensowych cenach. Druga opcja to autobus, który kursuje na trasie Polska-Włochy raz na tydzień w cenie dość znośnej jak na autobus. Przy podróży tam i z powrotem mieli nawet urocze rabaty, ale godzina przyjazdu do Lublany (23:40 według rozkładu, czyli koło 0:30 w rzeczywistości) przesądziła, że podróż tam zorganizowałem sobie w inny sposób.
I właśnie dlatego, że nie lubię zjawiać się w obcych miastach o bezsensownych porach w Wiedniu znalazłem sie o 4:40. Z dwojga złego lepiej być gdzieś nad ranem niż późnym wieczorem. Dzień wcześniej odkryłem, że autobus nie przyjeżdża już na Südbahnhof jak to zwykł robić dotychczas tylko na nowy dworzec autobusowy przy drodze na koniec świata i w porę zrobiłem jakąś mini-mapę gdzie zaznaczyłem jak dojść na dworzec kolejowy. Chciałem jeszcze spytać kierowcę czy zna jakieś kursy na Turcję, ale z tego wszystkiego wyleciało mi to z głowy. W końcu pora była raczej ciężka. I znów tak jak poprzednio nie mogłem polegać na położeniu Słońca więc zostało mi odgadywać swoje położenie na swojej mini-mapie. Wychodziło dość prosto: w lewo, w lewo, prosto, prosto, prosto, prosto, prosto, w prawo, prosto... Od piątej co prawda jeździł tramwaj, z którego pomocą mógłbym szybciej dotrzeć na Südbahnhof , niemniej zrezygnowałem z tego pomysłu, bo specjalnie mi się przecież nie spieszyło, a nocny spacer po Wiedniu to dodatkowa atrakcja. Pociąg do Lublany (będę używał głównie nazwy polskiej, zresztą dla pewnej części Słoweńców oba j są zbędne) miałem o 7:57, a tu jeszcze nawet piątej nie było. Swoją drogą w Wiedniu tramwaje jednej linii po piątej rano jeżdżą co siedem minut... w Krakowie nawet w szczycie tak nie ma (choć tramwaje są po części właśnie z Wiednia). Mniej więcej 45 minut po opuszczeniu autobusu znalazłem się na wiedeńskim dworcu południowym i od razu doznałem déjà vu, bo przecież prawie równo rok temu ja tam byłem o podobnej porze. Chyba rzeczywiście jestem nienormalny. Zjawianie się w europejskich stolicach o dziwnych porach stanie się chyba moim nowym hobby.
Mimo wszystko do pociągu zostawały mi jakieś dwie i pół godziny. Czasu więcej niż bym chciał ale ponoć inteligentni ludzie się nie nudzą, więc wziąłem się za książkę. Tym razem padło na Podróże z Herodotem Kapuścińskiego, także na czasie. Może i się nie nudziłem, ale kiedy przyszło co do czego moja inteligencja została wystawiona na ciężką próbę, bo pani w okienku powiedziała bym kupił sobie bilet do granicy w automacie biletowym i nie zawracał jej głowy. Z pomocą przyszła mi inna pani, która była tam właśnie od niesienia pomocy takim niemotom jak ja i dzięki niej udało mi się kupić bilet do Spielfeld. To, że to miało być właśnie Spielfeld dowiedziałem się właśnie od ww. pani, która swoją drogą operowała najpiękniejszym głosem jaki w życiu słyszałem (przynajmniej od kobiety pracującej na dworcu kolejowym o szóstej rano). Czysty, śliczny, dźwięczny... Moim zdaniem, uchem w zasadzie, niemiecki nigdy nie należał do najładniej brzmiących języków, ale jej mógłbym słuchać całe dnie i gdybym mógł nagrałbym ją sobie na mp3playera jak zapowiada pociągi i słuchał przez resztę wyjazdu. Komenda zwiąż mnie i mów po niemiecku zupełnie straciła dla mnie swoją wymowę i sens.
Jedną z prawd na temat Südbahnhof jest to, że nie jest lotniskiem (nie wiem czy mają terminal), ergo mając w ręce bilet dalej miałem swoje dodatkowe dziesięć kilo na plecach. Poczołgałem się do krzesełek, gdzie rok wcześniej prowadziłem jakże kszałcące rozmowy z menelami o Wałęsie i wróciłem do swojego Herodota. W międzyczasie przyplątał się jakiś Rosjanin z dzieckiem i próbował się ze mną dogadać za pomocą słowniczka rosyjsko-niemieckiego i jakimś cudem w większości wiedziałem w czym rzecz. Poza tym dworzec nie zaoferował mi więcej atrakcji i w takiej monotonii i bezruchu czekałem na swój pociąg.
Podstawiono go dobre 40-50 minut przed odjazdem, więc zmieniłem swoje twarde, metalowe krzesełko na wygodny fotel słoweńskiego wagonu. W słoweńskim jeszcze przecież nie byłem to korzystałem. Wiele ten temat nie da się powiedzieć, no może poza tym, że klimatyzacji nie było natomiast okna zrobili tylko uchylne. Z jednej strony fajnie, bo żaden kretyn nie wpadnie na pomysł otwarcia okna w przedziale na ile tylko można kiedy lokomotywa wyciąga ile fabryka dała, ale z drugiej magia podróżowania nieco przygasła. Pod tym względem wagony z klimą to już w ogóle rozpacz. Do tego dochodzą nowoczesne podwozia, cichutkie koła, równe tory, nic nie buja, nic nie stuka. Bez sensu.
Podróż na trasie Wien - Ljubljana zabrała mi z życiorysu sześć godzin, które wykorzystałem głównie na odespanie nocy. Czasem tylko ktoś chciał mnie zająć rozmową (angielski przeważnie odpada, za to znajomość niemieckiego jest w cenie), ale takich osób na szczęście wiele nie było. W Mariborze musiałem na chwilę przerwać swoje zajęcie i zrobić krótką przebieżkę do kas, by kupić bilet do Lublany, a nie tylko ja miałem taki pomysł. Za to trasę Spielfeld-Maribor pokonałem nie płacąc ani centa.
O 14:08, prawie zgodnie z rozkładem (14:10) dotarłem do stolicy Słowenii, miasta, którego zdobycie nie dane mi było rok wcześniej. Z definicji wjeżdżając do miasta powinienem był słuchać Laibacha zamiast Hocico ale mój mp3player ma taki śmieszny defekt, że dźwięk idzie na obie słuchawki tylko przy odpowiednim go ułożeniu, więc nie chciałem nic przy nim manipulować, bo pewnie nie miałbym ani Hocico, ani Laibacha ani nic innego. Dworzec w Lublanie wrażenia nie robi ale ponoć Węgrzy mają im tam coś budować w przyszłym roku, więc można się spodziewać jakichś większych rewelacji. Dworzec autobusowy natomiast przypomina ten z Krakowa podczas budowy obecnego oraz Galerii Krakowskiej - parking przed PKP. Pod tym względem nie mają czym się pochwalić i na dzień dzisiejszy cudów zdecydowanie brak. Na kontemplacje okołodworcowe miałem jeszcze całe dziesięć dni, więc zamiast tego skupiłem się na swoim głównym celu, czyli dotarciu do hostelu. Do zlokalizowania miałem ulicę o dźwięcznej nazwie Petkovškovo nabrežje. GoogleEarth już mi ją wcześniej znalazło, ale niestety nie było dość cwane i z numerem sobie nie poradziło co w rezultacie zaowocowało pójściem dość mocno okrężną drogą.
Jestem! Znalazłem! Hurra! Jak tu ładnie! W końcu pozbędę się plecaka! W hostelu powitał mnie Matteo, chyba nie szef ale prawdopodobnie kierownik tego przybytku. Spisał moje dane, wziął kasę, dał klucz, oprowadził po włościach i zalecił, że jak czegoś będę chciał to mam krzyczeć. Pokój dostałem niewielki, poddaszowy, trzyoknowy, czterołóżkowy. Według mojej rezerwacji miał być sześcio, ale w kilku hostelach już byłem i wiedziałem, że czasem liczba łóżek w pokoju bywa płynna i zmienia się w zależności od potrzeb, więc nie panikowałem. Jako wieczny szczęściarz wygrałem jedyne łóżko, przy którym szafka na kluczyk była zepsuta oraz gdzie lampka nie działała. Byłem na to zbyt zmęczony, by się tym przejmować, ale w sprawie szafki interweniowałem. Tak naprawdę w plecaku nie miałem nic bardzo precious, ale jakoś wolałem być spokojniejszy. Miała zostać naprawiona do godziny szesnastej dnia bieżącego, ale coś czuję, że do teraz stoi tak jak stała. Pozostałą cześć dnia spędziłem na szukaniu obiadu, sklepu (Spar był dokładnie na przeciwko, a to szczęście burzyła tylko Lublanica przepływająca pomiędzy), fajnej knajpy i ogólnym poznawaniu miasta. Pierwszą i niestety smutną obserwacją, były popisane ściany. Po kilku dniach stwierdziłem, że tam naprawdę mają problem z ludźmi, którzy umiejętność pisania muszą specjalnie zamanifestować. Na dodatek nie za pięknym pismem. Nie, żeby polskie miasta były wolne od tego problemu, bo to w ogóle abstrakcja, niemniej w Lublanie bardziej to widać. Z dwojga złego w sumie nie wiem co gorsze: nawoływanie do manifestacji na każdym słupie, murze, kamienicy, czy ciągłe Wisła kurwa czy Cracovia chuje co drugi blok. Mimo wszystko u nas w ścisłym centrum aż tak wielu napisów i bazgrołów nie ma (albo ja do nich przywykłem i ich już nie zauważam), chociaż dwa dni temu ciśnienie krwi mi się podniosło, bo ktoś zamiast kulturalnie wywiesić plakat z informacją o imprezie w Krzysztoforach postanowił to namalować na kamienicy w samym centrum. Szablon może i ładny, ale podejrzewam, że tylko nad nim się twórca zastanawiał.
Po dwóch piwach w knajpie odbiór miasta miałem już znacznie lepszy. Po powrocie wieczorem do hostelu poznałem trzech Szwajcarów o imionach Philipp, Chris i chyba Olaf, z którymi dzieliłem pokój i niestety z nimi musiałem rozmawiać po angielsku, bo ich niemiecki bardzo różnił się od tego, który ja znam. Myślę, że nawet z Niemcami by się nie dogadali.
Drugi dzień chciałem zaczął od praktycznego poznania miasta. W sensie chciałem zobaczyć skąd będę odjeżdżał w przyszłą niedzielę. Wcześniej musiałem skombinować sobie jakieś śniadanie i zrobiłem to na placu z owocami niedaleko hostelu. Kupiłem truskawki, które truskawkami były tylko z wyglądu i to też nie do końca, bo te, które ja znam zazwyczaj są nieco mniejsze. No i dają sok, a te nawet po rozgnieceniu zostawały stosunkowo suche. Inwestycja trafiona jak wakacje w Bagdadzie. Myślałem, że pierwsze śniadanie na Słowenii zjem sobie nad rzeką, ale pogoda miała inne plany wobec mnie, więc poszedłem szukać tego parkingu skąd miałem odjeżdżać i drugiego hostelu, gdzie miałem się przenieść po tygodniu. Mapa twierdziła, że to dość blisko, ale po czterdziestu minutach oskarżyłem ją o kłamstwo, a żeby było milej zaczęło konkretnie lać. Dotarłem na parking, który okazał się być parkingiem obok centrum handlowego InterSpar, więc miałem gdzie się schować. Mimo wszystko inaczej planowałem spędzać czas w Lublanie. Niektórzy kochają chodzić po centrach handlowych, oglądać bluzeczki, buty, kolorowe badziewie i inne pierdoły ale nie ja (no chyba, że to firmowy sklep Canona). Zdanie na temat miasta znów miałem raczej kiepskie. Kiedy już utknąłem na tamtejszym końcu świata to chciałem coś z tego mieć. Poszedłem do kawiarni, zamówiłem kawę i wyciągnąłem słowniczek, który kupiłem w Krakowie kilka miesięcy wcześniej (pierwsze takie wydanie od lat siedemdziesiątych zeszłego wieku. Ktoś się jeszcze dziwi skąd taka wiedza Polaków na temat Słowenii?) i zacząłem uczyć się podstawowych zwrotów i słówek.
Przestało lać. Już tylko pada. Nie chciałem siedzieć w tym supermarkecie do wieczora, więc wróciłem do centrum i zacząłem rozglądać się za jakąś tańszą knajpką z jedzeniem. Najlepiej coś słoweńskiego, bo o tamtejszej kuchni nie wiedziałem nic. Nada. Znalazłem taką w dzielnicy (sam nie wiem czy to do końca pełnoprawna dzielnica) Krakovo: malutka, przyjemna, stosunkowo tania, ze ślicznymi kelnerkami i genialnym jedzeniem. Kiedy byłem w Lublanie to jadałem głównie tam. Po powrocie wysłałem im nawet kartkę z pozdrowieniami. Odnośnie nazwy dzielnicy to pytałem ludzi ale nikt nie potrafił mi pomóc. W Internecie wyczytałem, że nazwa pochodzi od nazwy jakiejś rośliny, Magda, studentka, którą poznałem tydzień później i która siedzi na Słowenii od roku wyczytała, że to od kruka. W każdym razie z Krakowem raczej nie ma nic wspólnego, niemniej ulice Krakovska i Krakovski Nasip są. Mimo wszystko zżyłem się z tamtym miejscem (sporo knajp) i wieczór spędziłem właśnie tam. Barmanka w pubie, w którym się zaczepiłem miała tak cudne oczy, że się w nich utopiłem i do godziny 22. nie mogłem wyjść. W międzyczasie podsłuchiwałem rozmowy panów po pięćdziesiątce i odkryłem, choć większości z tego co mówili oczywiście nie zrozumiałem, że wszędzie przy piwie lub, i to nawet częściej, winie, rozmawia się o tym samym: polityka i sport (tu; hokej). Po powrocie Matteo oznajmił mi, że wykrył błąd i następnego dnia mam się przenieść do innego pokoju. Nie rozpaczałem. Chciałem szafkę.
I już nazajutrz ją miałem. Nawet działała. Za to lampki już w ogóle mi nie dali. W zasadzie strata żadna, chociaż moje łóżko było na dole i w kącie i czasem brakowało mi dodatkowego światła. Po przenosinach kierownik oznajmił, że będę miał do towarzystwa pięciu Włochów. No w życiu tak się nie cieszyłem. Już nawet zacząłęm rysować plany ucieczki. Nie szło mi najlepiej, więc poszedłem korzystać z normalnej pogody i poszedłem na zamek. Wstęp 3,5euro, studenci: 2euro. ISIC jednak działa, chociaż tylko tu. Można zwiedzać muzea, zamki, jaskinie i wszystkie tego typu rzeczy, ale na zniżkę w pociągach czy autobusach nie ma co liczyć. No chyba, że ma się kartę EURO>26 i to też pod warunkiem, że została wydana na Słowenii.
W cenę tych dwu euro wliczała się dwudziestominutowa wizualizacja i wejście na wieżę (samo wieża chyba darmowa). Do oglądania wizualizacji przystąpiłem z grupą Niemców gdzie średnia wieku wynosiła jakieś 70. Dali nam wszystkim okulary 3D i słuchawki z odpowiednią wersją. Wziąłem angielski, bo w niemieckim mimo wszystko za mocny się nie czuję. Dla jaj nawet spytałem czy nie mają polskiej, no i oczywiście nie mieli, no bo skąd i dla kogo niby. Wizualizacja na kolana mnie nie rzuciła, chociaż nie żałowałem tych dwóch euro. Większości ciekawostek o kraju, mieście i zamku oczywiście już nie pamiętam, ale nie nudziłem się jak przewidywałem. Po wyjściu z pokoju opuściłem swoich Niemców i poszedłem na wieżę. Generalnie jeśli chodzi o wszelkie wieże i oglądanie świata z góry to jak najbardziej i jestem do tego pierwszy. Widok naprawdę przyjemny. Z jednej strony dolina rzeki, z drugiej ośnieżone szczyty Alp, a po środku miasto. Cudo.
Kiedy już się nacieszyłem Lublaną widzianą z wysokości poszedłem pokręcić się po parku okalającym zamek i popstrykać nieco. Nareszcie miałem do tego słońce. Do swoich ulubionych kelnerek też zawitałem.
Do hostelu wróciłem przed 21. Włosi, w przeciwieństwie do swoich krajanów z Rzymu, okazali się być spokojnymi, normalnymi ludźmi, których przyjazd do Lublany był prezentem urodzinowym dla jednego z nich, Nicoli. Cała piątka pochodziła z jakiejś małej miejscowości (stąd pewnie ta normalność) leżącej niedaleko Wenecji. Jeden nawet posiada własną winnicę, czego dowód przywiózł ze sobą i szczodrze się dzielił. Jak białego wina nie lubię to tamto bardzo mi leżało. Wiadomo; ofiarowane zawsze lepsze. Po 22. chłopaki wyzbierali się na imprezę, nawet zapraszali, ale najgrzeczniej jak mogłem odmówiłem. Poznałem także chłopa z Argentyny, który jak twierdził miał słoweńskie korzenie. Jak się potem dowiedziałem w Ameryce Południowej mieszka sporo osób z bałkańskimi korzeniami, a przyjeżdżają na ogół dzieci osób, które wyemigrowały. Ot ciekawostka. Gdybym został na studiach pewnie dowiedziałbym się o tym więcej, a tak mogę się tylko domyślać. Wiele z nim nie pogadałem, gdyż zniknął tak szybko jak się pojawił, więc wróciłem do swojego piwa, książki i ostatecznie łóżka. Następnego dnia w końcu zamierzałem się ruszyć i zobaczyć coś poza Lublaną. Cel: Maribor.
Name:


Komentarze:

13.05.2008 :: 18:31 :: 87.239.216.14
ann
Matteo? to takie mało słoweńskie imię. a może Mateja?

co do ISICa to na Słowacji np. działa tylko ten wydany u nich. a Euro26 mimo ze w regulaminie ma wyraźnie "obejmuje kraje europejskie" to oni tego nie respektują np. w szpitalach.

09.05.2008 :: 00:47 :: ownlog.com
bina
nawet u nas pociągami jeździ się inaczej niż kilka lat temu - wyrównane mniej więcej torowiska blokują stukot kół, który kiedyś tak strasznie lubiłam, który wprowadzał w stan błogiego odprężenia i który w końcu usypiał.
zostały tylko brudne wagony.

08.05.2008 :: 23:05 :: 83.175.139.145
ein
No, zdarza się i tak ;)
Lublana bardzo ładna ale mieszkać bym tam nie chciał. Większe wrażenie zrobił na mnie Zagrzeb, chyba głównie dlatego, bo totalnie nic o nim nie wiedziałem i miałem ogólne złe wyobrażenie (konotacje z nazwą też słabe). Natomiast chętnie zaczepiłbym się na wybrzeżu; w Koprze na przykład. Ale o tym później ;)

08.05.2008 :: 15:59 :: 217.113.225.5
wie
No i jak sie spodobala Ljubljana? A co do nazwy to tak samo jakbyscie na Krakow mowili Krakau

08.05.2008 :: 11:22 :: 83.175.139.145
ein
No właśnie nazwy Laibach nigdzie nie spotkałem. Parę razy usłyszałem przechodząc koło niemieckich wycieczek, ale poza tym nic. O ile dobrze pamiętam nawet w wizualizacji nie padła ta nazwa.

07.05.2008 :: 22:13 :: 90.129.71.208
juriusz
Ech, nazwy Laibach już nigdzie się tam nie da znaleźć?:( Weszła w 1144, zaledwie kilka lat minęło i już nie ma :(
Co do bałkańskich korzeni w Ameryce Południowej to niektórzy z nich wyjechali, żeby uniknąć rozmowy na temat tego co robili w czasie II Wojny Światowej. Wiem, że Argentynę Chorwaci upodobali sobie szczególnie ;)
(tak mi się skojarzyło: Na spotkaniu niemieckiej rodziny dziadek ogląda z wnuczkiem stare fotografie. Wnuczek co chwila pyta o jakaś osobę na zdjęciu:
-A kto to jest?
-To jest wujek Hans.
-A to?
-A to jest ciocia Helga.
-A ten pan na trybunie w mundurze i z takim śmiesznym wąsikiem?
-To jest bardzo zły człowiek, uczynił bardzo, bardzo dużo złego na świecie.
-Dziadku, a to chyba ty maszerujesz pod trybuną w pierwszym szeregu z podniesioną ręką? Chyba coś krzyczysz?
-Tak, tak..."Hola, hola zły człowieku...! Hola, hola!")