<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:syn="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"><channel><title>jest-super.ownlog.com</title><link>http://jest-super.ownlog.com</link><description>jest-super.ownlog.com</description><item><title>What is your favorite scary movie?</title><link>http://jest-super.ownlog.com/what-is-your-favorite-scary-movie,1612140,link.html</link><description><![CDATA[Gdziekolwiek bym nie pojechał i to bez znaczenia na jak długo to po powrocie zawsze mam ten sam problem polegający na braku garderoby, w której mógłbym wyjść z domu. Nie pomaga też permanentny brak pralki i balkonu, a konkretnie miejsca dla tych jakże przydatnych i pożądanych podstawowych elementów wyposażenia każdego mieszkania. Nauczyłem się już żyć z tymi niedogodnościami, zwłaszcza że rodzicielka mieszka cztery kilometry dalej i posiada owe elementy wyposażenia, którymi chętnie i nieodpłatnie się dzieli. Mimo to czasem głupio mi tak wyjść lub tym bardziej do kogoś przyjść w mało wyjściowym ubraniu kiedy sytuacja jest ku temu przeciwna, choć też nie wymaga odstrzelenia się jak na wiejskie wesele. I tak wczoraj siedziałem sobie u Maryśki w podkoszulku koncertowym Nine Inch Nails i krótkich spodenkach, które już przed wyjazdem nadawały się do odwirowania. O samym, dwukrotnie już wspomnianym tu wyjeździe, jeszcze tutaj będzie, ale w innym terminie. Wczoraj grupowo siedzieliśmy u wyżej wspomnianej i jedli oraz pili dobre rzeczy. Włoskie rzeczy są zawsze dobre, nawet jeśli są zrobione w polskiej kuchni a wino jest z Bułgarii i nie dam się przegadać, że jest inaczej (choć wino mogłoby być z Hiszpanii). Wcześniej dane nam było spotkać znajomego, który od kilku tygodni jest zmuszony poruszać się wyłącznie na rowerze lub na miejscu pasażera, gdyż niedobry los tak chciał, że stracił prawo jazdy. Całkiem słusznie i na własne życzenie. Obecnie sprzedaje on swoją Skodę, a służbową mu odebrali. Żal chłopaka, bo dobry z niego człowiek, kolega i mąż swojej żony, ale sam to sobie wyprosił.
Wieczorem oglądaliśmy <i>[Rec]</i>. Wspominam o tym tylko dlatego, że ostatni horror jaki oglądałem w większej grupie to był <i>Ciemność</i> tego samego reżysera. O samym filmie wypowiadać się raczej nie powinienem, bo ani nie jestem fanem horrorów ani nie mam większego doświadczenia w ich oglądaniu ale wiem co mi się podoba a co nie. Ten film zaliczyłbym do tej pierwszej kategorii, choć ilość wszystkich <i>ale</i> jakie do niego mam jest ponad przeciętną. Według użytkowników takich stron jak filmweb.pl czy imdb.com <i>[REC]</i> jest o niebo lepszy od wspomnianej <i>Ciemności</i> z czym ja się nie zgadzam, gdyż moim zdaniem wcześniejsze dzieło Balagueró jest bardziej udanym filmem samym w sobie od najnowszego straszydła od fabuły począwszy i na napięciu skończywszy. Tutaj stopniowanie napięcia też jest naprawdę dobre w czym pomaga świetna praca kamery i to może się podobać, niemniej w całym filmie naliczyłem tylko dwa momenty, po których krew mi z twarzy odeszła. O tym dlaczego ludzie oglądają horrory napisano już dziesiątki prac od maturalnych po doktorskie, więc ja nie będę próbował się wychylać ze swoimi mądrościami, choć sam czasem lubię jak ktoś lub coś mnie porządnie przestraszy, niemniej podczas seansu (bo o takim strachu mowa oczywiście) wolę nie wiedzieć co zaraz wyskoczy z szafy lub - i to jest nawet lepsze - skupi moją uwagę i nie wyskoczy lub wyskoczy z zupełnie innego miejsca niż to sugeruje praca kamery. Oglądając film z tej półki lubię być w ciągłej niepewności tak jak to było podczas oglądania <i>Ciemności</i>. Omawiany wyżej film jest nieco przewidywalny i naiwny (głównie bohaterowie, którzy zawsze, ale to zawsze postępują odwrotnie niż zdrowy rozsądek nakazuje), ale czy nie taki właśnie ma być dobry scary movie?

O podbijaniu Dolnego Śląska będzie w następnej odsłonie kiedy zdołam się w sobie pozbierać, czyli chyba niedługo, bo jestem na dobrej drodze ku temu.]]></description><pubDate>Wed, 13 Aug 2008 22:47:08 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/what-is-your-favorite-scary-movie,1612140,link.html</guid></item><item><title>It's all about animation</title><link>http://jest-super.ownlog.com/its-all-about-animation,1595865,link.html</link><description><![CDATA[Na przełomie jesieni i zimy 2007 w kinie bywałem częściej niż na uczelni. Trochę taki miałem tok studiów a trochę tak mi ciągle wypadało. Jesień/zima 2007 to był dobry sezon na kino, a ja i tak nie miałem nic lepszego do roboty. Niemniej od tamtego czasu po dzień dzisiejszy bardzo rzadko pojawiam się w tego typu przybytkach. Raz na miesiąc i rzadziej. Przyczyny nie ma, ot tak wyszło i już. Może uznałem, że po <i>Across the Universe</i> kino światowe już niczym mnie nie zachwyci, ale po cichu sądzę, że to nie może być to, bo przecież po <i>Eternal Sunshine of the Spotless Mind</i> oraz <i>21 grams</i> w salach kinowych zmaterializowałem się jeszcze wielokrotnie. Nie da się ukryć, że ostatnimi czasy do filmów jest mi bardzo nie po drodze, gdyż - tu zarzucę przykładem z najświeższego życia wziętym - dziś miałem oglądać jakiś film z ekipą u Ćwika, ale jako że ostatnie nocne spacery z Kitschu na dworzec kiedy było zimno i deszczowo (sam chciałem - już wolałem te upały, serio) mnie dobiły zostałem w domu i z braku jakichkolwiek rozrywek zabrałem się na napisanie powyższego i jestem w trakcie pisanie tego co za chwilę będzie poniższe. Dodam jeszcze dla porządku, że seans odbywa/ł się konkretnie u Maryśki, u której Ćwiku mieszka w pokoju wielkości dużej lodówki. Sama zainteresowana sprawdza możliwości wytrzymałościowe Włochów na ich terenie oraz czy aby na pewno oni się w ogóle do czegoś nadają. <a href="http://img92.imageshack.us/img92/4920/n801442457648536967jx1.jpg">To</a> zdjęcie dowodzi, że chyba jednak nie. Moim zdaniem.
Kino. Oferta z jaką wychodzą kina w obecnym sezonie wakacyjnym jest bardzo tłuściutka i zadowalająca i to wszystko za piątaka. Dziś czeka na mnie <i>Dzikość Serca</i>, który to film widziałem tylko raz na maratonie z D.Lynchem i bardzo chcę jeszcze raz, bo choć od czasu do czasu nasze media się postarają i go dadzą w porze dobrej dla stróżów nocnych to ja się zawsze z nimi mijam. Z całego tego ogromu mniej lub bardziej świetnych filmów chciałem zobaczyć także coś nowego. Coś wszędzie reklamowanego, animowanego i bardzo typowo letniego. Pandę.
<i>Kung Fu Panda</i> w moich oczach miała być taka jak <i>Epoka Lodowcowa</i> albo chociaż <i>Iniemamocni</i> a okazała się być <i>Gdzie jest Nemo?</i>. Takie animacje często ratował polski dubbing, który w reżyserii Joanny Wizmur był nie do pobicia. Po jej śmierci napisałem na kilku forach, że przyjdzie nam odczuć tę stratę i nieskromnie ale z żalem muszę przyznać, że tym razem nie udało mi się pomylić. Graficznie film jest nawet w porządku, fabularnie już jest gorzej, znacznie gorzej, może nie fatalnie, bo tak z animacjami chyba nigdy nie jest, no i nawet jest całkiem ładny morał, ale spodziewałem się czegoś lepszego. <i>Kung Fu Panda</i> skojarzyła mi się trochę z filmem z dziewięćdziesiątegoktóregoś roku <i>Wielki Biały Ninja</i>. Większych podobieństw nie ma, ale twórcy pewnie się wzorowali na głównej postaci z tamtego filmu (gdzie aktor ją odgrywający niedługo później skończył jak John Belushi). Wspomniane wyżej <i>Shrek</i> czy <i>Epoka Lodowcowa</i> także nie miały zabójczo odkrywczej fabuły a jednak potrafiły zaoferować widzowi coś więcej. A tak parafrazując, któregoś z bohaterów filmu <i>To zwykła panda jest</i>. Myślę jednak, że gdybym był dwa razy młodszy to sturlałbym się pod fotel z zachwytu, a tak zawiodłem się i nie chciałbym już do tego wracać.
Dwa dni później siedząc w Kitschu odradziłem ten film Kali i Ćwikowi i zaproponowałem coś innego. Też animację, ale w przeciwieństwie do pandy, wzbudzającą zachwyt i okrzyki radości za Wielką Wodą, a teraz także i u nas. <i>Wall.e</i>. O tej animacji dowiedziałem się z jednego forum, gdzie napisano, że ten kto nie pójdzie na to do kina to tak jakby przegrał życie. Nie chciałem przegrać życia, przynajmniej nie więcej niż obecnie, to zaproponowałem ten film zamiast grubej, skaczącej pandy. Nic o tym filmie nie czytałem, poza tym, że jest świetny, cudowny, wzruszający, ciepły, niesamowity i uroczy, także szedłem trochę w ciemno.
W pewnym sensie jestem fanem kreskówek i animacji, niemniej nie pamiętam już kiedy ostatnio oglądałem film z tego przedziału, który tak bardzo by mnie oczarował. Jednogłośnie uznaję ten film, za najlepszą animację ostatnich lat jaką miałem przyjemność oglądać. W tym wypadku słowo <i>przyjemność</i> nie jest rzucone od tak, bo ładnie wygląda i pasuje do wszystkiego. Oglądałem ten film niemalże na wdechu. Nie chcę też tu czarować i nie napiszę, że fabuła jest odkrywcza oraz wprowadza zupełnie nowe kanony do tej dziedziny filmu, niemniej sama realizacja, grafika (miasto z lotu ptaka, taniec Wall.e'go i Eve w kosmosie, cudo!) oraz oszczędność w dialogach tworzą niepowtarzalną atmosferę, która moim zdaniem jest absolutnie niesamowita. Fantastyczna końcówka, przy której nawet dzieci na sali cichną i przestają przeżuwać popcorn jest tego dowodem. Akurat kiedy byliśmy z Kalą i Ćwikiem to zbyt wiele ich nie było, ale gdyby były to na pewno tak właśnie by zareagowały. Moim zdaniem absolutna rewelacja, która tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie ma mocnych na studio Pixar. Mogę żałować tylko, że żadne z krakowskich kin nie dostało wersji cyfrowej tego filmu, także ciężko mi cokolwiek mówić o tej wersji, ale z głosów przeczytanych tu i tam wnioskuję, że jeszcze bardziej wgniata w fotel. Mam tylko nadzieję, że dystrybutor nie każe mi czekać na DVD tak długo jak robi to ten odpowiedzialny za <i>Across the Universe</i>. Póki co muszę zadowolić się Wall.e'm na tapecie. Warto jeszcze dodać, że Pixar umila życie jak może i przed seansem wyświetlana jest pięciominutowa animacja o magiku i jego króliku. Kolejna rewelacja. Już po tym wiedziałem, że nie może być źle.

Koniec września mam już ustawiony. Przynajmniej transport, nad resztą jeszcze nie chce mi się pracować. Ale nim do tego dojdzie w końcu osiągnę Wrocław, a także przy okazji ja z dzielną trójką dobrych znajomych zrobimy sobie własne Castle Party (nomen omen to właściwe zaczyna się dziś w Bolkowie). <i>And life goes on</i>.]]></description><pubDate>Fri, 25 Jul 2008 01:09:06 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/its-all-about-animation,1595865,link.html</guid></item><item><title>Leje</title><link>http://jest-super.ownlog.com/leje,1585927,link.html</link><description><![CDATA[Jak nie żar z nieba (jak godzinę temu) to deszcz (obecnie), po którym pół ulicy jest zatopione. Grzmoty i pioruny też są. Będąc w tramwaju lub autobusie czy po prostu siedząc nieruchomo na podłodze przed wiatrakiem myślę sobie, że nagłe ochłodzenie nie byłoby taką złą opcją na drugą połowę lipca, ale zaraz przypominam sobie o tym co nas czeka już w listopadzie i potrwa pewnie do końca marca po czym dość szybko stwierdzam, że tak na dobrą sprawę nie jest jeszcze tak najgorzej. Do standardów tunezyjskich jeszcze nam daleko. Chyba najbardziej odpowiadałby mi klimat panujący na Fidżi. Może kiedyś jakimś cudem uda mi się doznać na własnej skórze uroków tego kraju na Pacyfiku. 

Przestałem tak bardzo przejmować się brakiem stałej pracy i zacząłem nieco korzystać z wakacji. Wszystko jak najtańszym kosztem, czego przyczyny są chyba jasne. Nie dostałem też żadnych korekt do zrobienia ani innych papiórów do przepisania, więc oddaję się błogiemu opieprzaniu się na lewo i prawo, w tył i w przód. Moim najnowszym hobby jest jazda na rolkach z domu na Błonia i z powrotem. Trasa bardzo trudna nie jest, ale gdyby miasto wyremontowało chodniki tu i tam to byłbym bardzo szczęśliwy z tego powodu. W tym temacie nowe Rondo Mogilskie to prawdziwa rewelacja. Kilka mijanych osób jednogłośnie okrzyknęło mnie wariatem, ale w stosunku do mojego dawnego hobby, które polegało na lawirowaniu między samochodami na ruchliwych ulicach miasta, to jest całkiem bezpieczne. No ale skąd mogli wiedzieć.
Drugim hobby, które wybrano już za mnie, to oczekiwanie na paczki z butami. Jedne z reklamacji (paczka wysłana 29.maja), a drugie z Allegro. Spółdzielnia mieszkaniowa najprawdopodobniej to wyczuła, gdyż zleciła zamontowanie nowych skrzynek na listy. Szczyt podłości i perfidii. Kiedy nie dostanę tych przesyłek do końca przyszłego tygodnia to zrobię rzeź w głównej sortowni i paczki odbiorę sobie sam skoro tak trudno jest im je dostarczyć. Dodam tylko, że pierwsza paczka, ta z 29.maja, została wysłana do mnie z Krakowa. Jak kiedyś w końcu dojdzie to napiszę poczcie długiego maila z dokładnym wyliczeniem ile metrów dziennie szły do mnie moje buty oraz ze szczerego serca pogratuluję im sumienności i uczciwości.

W międzyczasie wrzesień powoli zapełnia się planami. Chcę dotrzeć do północnych Włoch, a stamtąd przez Andorę do Hiszpanii i może, co bardzo bym chciał, ale już widzę, że łatwo nie będzie, do Portugalii. Będąc na krańcu Europy głupio by było ominąć ten kraj, ale jeszcze głupiej byłoby jechać tam kiedy w portfelu nie ma się nawet kurzu. Mam nadzieję, że połowę noclegów uda mi się załatwić przez Hospitality Club, resztę ma załatwiać Kala przez jakiegoś typa już na miejscu i ufam, że uda jej się wynegocjować dobre warunki. 
Do dopracowania zostaje w zasadzie wszystko, a głównie plan pokonania ponad siedmiuset kilometrów dzielących Mediolan (gdzie przylatuję) i Barcelonę (skąd wylatuję). Jeśli ktoś ma jakieś pomysły, rady, koncepcje gdzie, jak i co zobaczyć to chętnie wysłucham/przeczytam.
Poza oczywistościami tylko to mi teraz w głowie. Zauważyłem, że staję się bardzo monotematyczny ostatnio. No, jeszcze ludziom marudzę o lustrzance, którą chciałbym sobie kupić. W ogóle ja dużo bym chciał.]]></description><pubDate>Sun, 13 Jul 2008 17:32:23 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/leje,1585927,link.html</guid></item><item><title>Lipiec, a dopiero był Nowy Rok.</title><link>http://jest-super.ownlog.com/lipiec-a-dopiero-byl-nowy-rok,1578948,link.html</link><description><![CDATA[Taki mamy teraz czas w roku, że narobiło nam się magistrów jak mrówków. Licencjatów też. Mój własny magister oddala się w czasie w tempie dość proporcjonalnym i na dzień dzisiejszy sam nie wiem czy kiedyś te studia skończę czy też nie. Prawdę mówiąc jakoś specjalnie mi się do tego nie pali, choć wszyscy wokół mówią, że powinno. Mógłbym jeszcze pójść na geografię od pierwszego roku albo turystykę, by choć trochę nawiązać do swoich zainteresowań, ale w tym wieku to już chyba tylko zaoczne zostają. Z drugiej strony po dziś dzień (nie dosłownie, jeszcze w sklepie nie byłem) pytają mnie o dowód gdziekolwiek się tylko pojawię. Jakiś czas temu w knajpie bramkarz aż się zbulwersował kiedy mu powiedziałem swój wiek, bo pomyślał, że sobie z niego jaja robię.
Oblewanie zatem trwa. Są też grille i przygodne popijawy przez które postanowiłem na chwilę ostawić mięso a nawet zostać abstynentem (ale tylko w tygodniu), bo nawet wątrobie należą się wakacje.

Znów mnie gdzieś ciągnie. Żadna to nowość, bo ci co mnie znają wiedzą, że jak czegoś nie planuję to jest mi źle i czuję się najlepiej kiedy jestem spakowany i gotowy do drogi. Centralwings znów podniósł ceny na loty z Krakowa do Barcelony, więc już teraz wiem, że jakbym leciał to przez Wiedeń, tyle, że na taka opcja pewnie spotka się ze sprzeciwem ze strony ewentualnych towarzyszy podróży. Przed oczyma przewija mi się jeszcze Macedonia do której ciągnie mnie już od dłuższego czasu. Nie wiem dlaczego akurat tam, ale podejrzewam, że koncepcja przejazdu przez całe Bałkany jest zbyt atrakcyjna by ją przeoczyć. Zwłaszcza teraz. Poza tym Sarajewo, Belgrad, Podgorica, Ochryda, Banja Luka to miejsca, które mnie przyciągają. Prisztinę i Tiranę jeszcze sobie podaruję ale w przyszłości pewnie i one znajdą się na mojej trasie. Wcześniej jednak będzie Wrocław, drugie miasto w Polsce gdzie chętnie bym zamieszkał i gdzie nie byłem od jakichś pięciu lat. ]]></description><pubDate>Sat, 05 Jul 2008 10:59:20 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/lipiec-a-dopiero-byl-nowy-rok,1578948,link.html</guid></item><item><title>W rozkroku</title><link>http://jest-super.ownlog.com/w-rozkroku,1566278,link.html</link><description><![CDATA[Dziś krótko i tak trochę chaotycznie; trochę z nudy, trochę z frustracji wynikającej z konieczności zostania w domu i stąd to wszystko będzie takie ni przypiął ni przyłatał.

Pracy jak nie było tak nie ma. Czasem nawet oddzwaniają i umawiają się na rozmowy, ale warunki jakie mi proponują bywają nie do przyjęcia. Może i marudzę, ale ja naprawdę nie mam wygórowanych żądań, niemniej praca typu <i>wynieś, zanieś, posprzątaj</i> za jakieś śmieszne pieniądze mnie nie interesuje. Są momenty kiedy poważnie zastanawiam się nad złożeniem swojego CV do KFC i wyjazdem na zimę do Hiszpanii. Podobno tam źle wcale nie jest (i KFC i w Hiszpanii). Przynajmniej mam ubezpieczenie. Chociaż to.

Festiwale takie jak Sopot czy Opole to najczęściej straszne dno i pięć metrów mułu. Wszyscy z produkcji o tym wiedzą i dlatego na koniec męczarni (widzów i swojej) dają kabarety, które ja osobiście zawsze bardzo lubię, gdyż wypadają świetnie i lepiej. Na ogół.
Rok lub dwa lata temu przed którymś z festiwali pojawiła się plotka jakoby ówcześni rządzący nakazali kabaretom tam występującym, by te wstrzymały się od żartów politycznych, bo będzie tego już. Wtedy bardzo mi się to nie spodobało, gdyż w moich oczach zeszły rząd przegiął pałę wystarczającą ilość razy i więcej naprawdę nie musiał. Ostatecznie nigdy się nie dowiedziałem czy to była tylko plotka czy faktycznie ktoś na głowę upadł w każdym razie wszyscy się ładnie wymigali i sprawy nie było. Nawiązuję do tego gdyż dziś dane mi było oglądać tegoroczny opolski kabareton i podczas gdy część była świetna to ta pozostała tragiczna. Rozumiem, że sporo ludzi lubi pośmiać się z aktualnych wydarzeń, ale przeplatanie prawie każdego skeczu czyimś nazwiskiem czy, jeszcze lepiej, cytatem jest już mało zabawne. Gdyby ktoś teraz wysunął propozycję, by kabarety dały sobie siana z polityką to wziąłbym to za chęć obrony dobrego humoru, a nie że w dzieciństwie miał zabawki poprzykręcane do podłogi. Opcja polityczna co prawda się zmieniła ale w tym wypadku to nie ma znaczenia. Naprawdę. Swoją drogą nasi wybrańcy z wszystkich opcji dostarczają tyle materiału, że już nawet Mrożek musiał wyjechać. Zapytany kiedyś o to dlaczego już nie pisze tyle co kiedyś odpowiedział, że musiałby się ciągle śmiać, a on sam śmieje się tylko od czasu do czasu. Najwidoczniej i to <i>od czasu do czasu</i> było za często.

Jutrzejsze Wianki planuję sobie podarować, bo choć Jamiroquai\'a bardzo chciałbym zobaczyć (+Smolik i Novika, więc w ogóle super) to całe to tandetne festyniarstwo, papierowe wianki na głowę, wesołe miasteczko z gumowym zamkiem, kiełbachy pod figurą smoka, prażone orzechy ze słodyczami Haribo, nachlani gimnazjaliści świętujący koniec szkoły oraz cały ten syf skutecznie mnie odstraszają. Z drugiej strony jak nie pójdę to będę żałował, bo dziś jestem uziemiony, a wyszykowała się moja ulubiona impreza na Kazimierzu. I tak od zawsze w rozkroku. ]]></description><pubDate>Fri, 20 Jun 2008 19:23:44 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/w-rozkroku,1566278,link.html</guid></item><item><title>Slovenia on my mind. Cześć 3.</title><link>http://jest-super.ownlog.com/slovenia-on-my-mind-czesc-3,1553533,link.html</link><description><![CDATA[Mając promila we krwi i będąc po seansie z <i>Good Bye, Lenin!</i> chyba mogę spokojnie wrócić sobie do słoweńskiej odysei, którą ostatnio przerwałem.
Wtorek przesiedziałem w hostelu. Padało, ja nie czułem się wybitnie dobrze, jadłem jakieś podłe kanapki ze Spar'a, poznawałem ludzi i dawałem się napastować Koreance Yun/Jun. Kiedy się przejaśniło poszedłem na spacer, a że mieszkałem niemal w samym centrum Lublany to trafiłem do jakiejś księgarni. Tam sprawdziłem co można wyczytać o Polsce w zagranicznych przewodnikach (ciekawostka: obrys Krakowa bez Nowej Huty) oraz, po przejrzeniu kilku pozycji, zacząłem się zastanawiać nad poziomem czytelnictwa na Słowenii. O ile dobrze się orientuję książka <i>Secret</i> autorstwa Rhondy Byrne w Polce kosztuje niecałe 30zł. Okazuje się, że na Słowenii cena tej samej książki jest bardzo zbliżona, tyle że waluta inna. Pozostałe pozycje również w chorych cenach. Tyle, jeśli chodzi o wtorek kiedy odpoczywałem i nabierałem sił na środę.
Przy kupnie biletów pani w okienku powiedziała mi, że ten pociąg co prawda do Kopru jedzie, ale tak w zasadzie to nie do końca, bo będę musiał sie przesiąść do autobusu w Divacy i żebym się o nic nie martwił. Okazało się, że pani miała racje i wszystko było przeprowadzone szybko i sprawnie, a ja miałem okazję poznać trochę słoweńskich autostrad jakich my nigdy mieć nie będziemy. Mniej więcej o czasie znalazłem się w Koprze - małym słoweńskim miasteczku nad Adriatykiem. No, zatoką. Planu miasta nie miałem żadnego, ale po znakach drogowych zorientowałem się w którą stronę mam iść by zobaczyć centrum, a potem morze. Koper przez wieki przechodził z rąk do rąk ale główne wpływy w architekturze są oczywiście włoskie. Nawet nazwa jest podwójna: Koper/Capodistria. Dla mnie sprawa fenomenalna, bo choć wszędzie pełno włoskich akcentów to prawie znikoma ilość Włochów.
Doszedłem do centrum. Tam zlokalizowałem Pałac Pretorów (chyba muzeum, ale nie wchodziłem), pałac Loggia (w remoncie, atrakcja zerowa) oraz wieżę (chyba) katedry, na którą można wejść i oglądać panoramę miasta ale tylko w piątek, sobotę i niedzielę, no a była środa. Znowu rozminąłem się punktem widokowym i to nie pierwszy raz. Zrobiłem zdjęcia i poszedłem zlokalizować morze. Przyszło mi to dość łatwo, ale kiedy doszedłem do miejsca skąd zobaczyłem wodę, to przyszło mi się załamać, bo Słoweńcy, nie wiedzieć czemu, w samym centrum miasta wywalili dwa dziesięciopiętrowe bloki. Na miejscu to tak bardzo nie widać, ale kiedy ogląda się miasto z trochę większej odległości to widok jest spaprany. Ostatecznie oni też mieli ten fajny system, w którym nikt się nie przejmował i sadził bloki gdzie się dało. 
Jako, że ostatni raz morze widziałem przed pięciu laty i był to Bałtyk w Gdańsku, postanowiłem spędzić nad wodą tak długo czasu jak to tylko możliwe. Niechcący wyszedł mi z tego spacer do Izoli, miasta położonego kilka kilometrów na południe od Kopru. Pomysł trochę rozmijał się z logiką, bo zamiast tego sporego spaceru mogłem przetransportować się do Piranu, który jest perełką wybrzeża Słowenii i go nie zobaczyć to jak przegrać życie. Przynajmniej mam powód by tam wrócić. Poza tym i tak postanowiłem, że kiedyś się tam przeniosę, to będę go odwiedzał ile tylko będę chciał. Tak czy owak mogę też powiedzieć, że zobaczyłem Triest, choć z odległości jakichś dwudziestu kilometrów. Do Kopru wróciłem już autobusem. Myślałem też o autostopie, ale autobus na przystanku był pierwszy, więc nie marudziłem. W Koprze kupiłem sobie pamiątki (tam również bida pod tym względem) pod postacią przypinki z godłem Kopru, które nosze teraz na plecaku oraz taki sam wynalazek z flagą Słowenii, obecnie przypiętą do portfela. Kiedy mi go ukradną właśnie jej będzie mi najbardziej żal. 
Dzień minął mi niespodziewanie szybko i równie szybko musiałem zbierać się znad wybrzeża na dworzec. Do końca nie wiedziałem czy będę wracał autobusem do Divacy, a stamtąd pociągiem do Lublany, czy też mam bezpośredni transport. Chciałem spytać na dworcu ale tam oczywiście głucha cisza i zero żywej duszy w okolicy. Super. Po dłużej chwili udało mi się jednak wytropić jakiegoś konduktora, który wskazał mi pociąg, który zmierzał bezpośrednio do Lublany.
W Koprze, jak i w ogóle na słoweńskim wybrzeżu, zostawiłem kawał swojego serca i jestem przekonany i zdeterminowany, by kiedyś tam wrócić je odwiedzić. Podczas wszystkich moich samotnych wycieczek tylko tam naprawdę mi brakowało kogoś do towarzystwa. To chyba dowód na to, że to jest to miejsce gdzie naprawdę chciałbym być. Od tamtego czasu chodzą po głowie mi myśli czy nie olać tu wszystkiego i przenieść się gdzieś w tamte rejony, jednak zaraz potem dobija mnie rzeczywistość, bo przecież nie znam ani słoweńskiego ani włoskiego i mógłbym tam co najwyżej prowadzić życie menela, a to się mija z celem.
Po powrocie w hostelu zastałem tylko Kathrenne i jej koleżankę. Zbyt wielu zdań nie zamieniliśmy, bo spały, więc wziąłem tylko piwo z lodówki (tak, w pokoju miałem lodówkę), książkę z łóżka i poszedłem do mainroomu. Szybko wróciłem spać, bo następnego dnia czekała mnie przeprowadzka do innego hostelu.

Hostel, w którym spędziłem siedem nocy nazywał się Hostel Simbol Castle. Kolejne trzy noce miałem zarezerwowane w Hostel Simbol leżącym już niestety nieco dalej od centrum, ale za to bliżej sklepu InterSpar skąd odjeżdżał mój autobus do Polski. O jedenastej pożegnałem się z Brytyjkami po czym poszedłem do mainroomu się wymeldować oraz pożegnać z Matteo, Naną (prawdę mówiąc nie wiem jak naprawdę miała na imię, ale tak na nią wołali) i Stefanem z recepcji. Przejście z jednego hostelu do drugiego zabrało mi nieco ponad czterdzieści minut. Tam, czego się spodziewałem, nie zastałem nikogo, więc zadzwoniłem z radosną wiadomością, że jestem i czekam tu na kogoś. Odebrał jakiś gość, który oznajmił, że będzie do pięciu minut. Przyjechał po trzydziestu i okazał się to być Matteo. Kilka dni wcześniej od Stefana dowiedziałem się, że ten drugi Simbol jest również ich (zdziwiłbym się gdyby nie), ale już nie dowiedziałem się kto go konkretnie prowadzi. Co do samego hostelu to ten był jeszcze w budowie i choć pokoje są zrobione to w recepcji znajduje się głównie powietrze i gruz.
Załadowałem się do Golfa i pojechaliśmy z powrotem na Petkovskovo nabreje, gdzie mogłem na powrót zająć swoje stare łóżko. Mnie to było na rękę, za to mina Brytyjek po moim wejściu bezcenna. Szkoda, że tego dnia mnie opuszczały na rzecz jednej Koreanki (Lai/Lan czy jakoś tak, niestety mój europejski umysł nie zdołał tego wyłapać) i trzech Arabów. Resztę dnia spędziłem na zwiedzaniu północnej części miasta gdzie tak na dobrą sprawę nie ma nic ciekawego, ale za to mogę powiedzieć, że Lublanę przeszedłem już wzdłuż i wszerz. Wieczorem siedziałem w mainroomie i oglądałem z resztą <i>Piąty Element</i>. Po chwili przyszła jakaś Koreanka (w ogóle z pół Korei tam siedziało) i zapoczątkowała taki oto dialog:
-Co oglądacie?
-<i>Piąty Element</i>.
-A o czym to?
-Nie widziałaś tego filmu?
-Nie, w ogóle nie kojarzę.
-Ale Jovovich znasz?
-Kogo?
-Tę pomarańczową...
-...
-A Willisa?
-...
-No... <i>Szklana Pułapka, Pulp Fiction</i>?
-Przepraszam, naprawdę nie znam.
Podejrzewam, że to był krytyczny wyjątek i znajomość podstawowej kinematografii w Korei jest nieco wyższa. Powyższych przykładów można nie lubić, ale nie zdarzyło mi się spotkać osoby, która choćby o tych filmach nie słyszała. U nas jest to wybitnie trudne, skoro John McClane ratuje świat w każde święta.
Arabowie te filmy znali i chcieli potem iść na piwo. Nie dałem się namówić ze względu na porę no i brak chęci zwiedzania Bledu i okolic na kacu. Przecież wiem, że na jednym by się nie skończyło.

Bled jest mały miasteczkiem leżącym nad jeziorem - tu niepodzianka - Bled. Miejscowość sama w sobie jest raczej brzydka i nieciekawa, zwłaszcza pod względem zabudowy przy brzegu jeziora. Jak wspomniałem wyżej władza u nich niewiele różniła się od naszej i podobnie jak u nas architektura tamtego okresu nie zachwyca. Pociągiem dojechać się tam nie da, ale za to jest całkiem dobra sieć autobusów. Podczas drogi zapuściłem sobie infktd (chyba najbardziej porąbana rzecz jaką przyszło mi słuchać w ostatnim czasie, za to dobrze się przy tym podróżuje. Zainteresowanych odsyłam na last.fm po darmowe próbki), ale jak już gdzieś wspomniałem mój mp3player miał taką śmieszną wadę, że kiedy go się nie ułożyło w odpowiedniej pozycji to ciężko było czegokolwiek słuchać. Niestety, w przeciwieństwie do autostrad, drogi słoweńskie nie są dużo lepsze od naszych (przynajmniej ta do Bledu, innych nie sprawdzałem) i wiele nie posłuchałem, bo grajpudełko podskakiwało razem ze mną. Z książką problemów nie miałem, gdyż jestem już zaprawiony w bojach na krakowskich ulicach, a w szczególności Pilotów, którą pokonuję dzień w dzień tam i z powrotem. Nie byłem też jedynym turystą w autobusie, więc nie musiałem się martwić o to, że gdzieś źle wysiądę. Bardziej martwiło mnie niebo i to co się na nim działo, a nie wyglądało to najlepiej, zwłaszcza, że z Bledu chciałem podejść nad jezioro Bohinj, gdzie nie jest tak kurortowo i mega turystycznie jak w Bledzie. Trafiłem dobrze z czasem, bo przed w pół do jedenastej wokół jeziora było jeszcze mało ludzi nie mówiąc już o tym, że była to połowa tygodnia w kwietniu. Postanowiłem obejść jezioro dookoła i zobaczyć czy warto było tu przyjechać. W przewodniku wyczytałem, że Bled leży u stóp Alp Julijskich i ich ośnieżonych szczytów. Kwiecień jeszcze sprzyja ośnieżeniu, co było mi dane oglądać dwa tygodnie wcześniej z wysokości dziesięciu tysięcy metrów, ale w Bledzie coś nie mogłem ich dostrzec, dopóki gdzieś po drodze nie obejrzałem się za siebie i niemal zaniemówiłem. Morze bardzo lubię i zawsze robi na mnie spore wrażenie, nawet Bałtyk, ale góry kocham i gdy zobaczyłem widok za moimi plecami to ugięły się pode mną kolana. Pożałowałem nawet, że nie mam telefonu z bajerami typu aparat fotograficzny czy funkcja mms, bo bardzo chciałem się z kimś podzielić <a href="http://krakowski.blox.pl/resource/DSCF5353.JPG">tym</a> widokiem. Na środku jest wyspa a na niej kościółek i można do niego dopłynąć tylko łódką. Łódkę można wynająć na dwie osoby (lub chyba nawet cztery) lub popłynąć grupowo czymś na kształt gondoli. Ja zrezygnowałem z takiej wycieczki, bo jeszcze miałem ponad dwie trzecie drogi do przejścia, a nie wiedziałem co na mnie jeszcze czeka. Pogoda się pogarszała, a ja koniecznie chciałem wejść na wzgórze zamkowe, choć jeszcze nie wiedziałem którędy. Na razie szedłem wokół jeziora, więc nie mogłem nie trafić. Wcześniej dotarłem jeszcze na jakieś pole campingowe okupowane głównie przez Włochów. W tamtym miejscu sąsiadów z zachodu jest dość sporo i w zasadzie gdzie by nie splunąć tam był jakiś Włoch. Nie zajmowałem się nimi za wiele i pożeglowałem sobie dalej, aż znalazłem strzałkę do zamku. Tyle, że ta droga coś strasznie zarośnięta i stroma. Buty miałem odpowiednie, ale i tak w połowie drogi zacząłem na głos się zastanawiać gdzie podziała się moja kondycja i gdyby nie to, że szedłem tamtą ścieżką sam to zacząłbym się pytać o to napotykanych ludzi. Na górze chwilę odpocząłem i odkryłem parking i asfaltową drogę prowadzącą na dół. Tak czy owak i tak bym z niej nie skorzystał, bo to żadna przygoda iść po asfalcie. To tak jakby iść nad Morskie Oko i mówić, że się górskie szczyty zdobywało.
Wejście na zamek 5euro. 2,50 dzieci, 3,50 studenci. Zamachałem swoim ISICiem i nawet udało wpuścili mnie na zniżkę. Dziedziniec zamkowy jest bardzo mały i wielkiego pola do manewru nie ma, ale za to widok z niego jest nieziemski. Na wprost jezioro i wzgórza, na prawo kościółek na wyspie, na lewo Bled z hotelami przy brzegu jeziora no i ośnieżone Alpy. Fantastyczne miejsce, zwłaszcza kiedy człowiek zda sobie sprawę, że dwa dni wcześniej szedł brzegiem Adriatyku i oglądał jak wielkie kontenerowce zawijają do portów w Koprze i Trieście. Wdrapałem się na krużganki by poobserwować Bled z wysokości kiedy dobiegło mnie coś na kształt <i>Eeee! Paolo!!</i> I dalej rozwiniecie po włosku. I tak co minutę i ciągle to samo zdanie. Łysy pan pod sześdziesiątkę musiał dać znać swojemu przyjacielowi Paolo, że znajduje się na zamku i bardzo mu zależy by ten go zauważył. Nie wiem co jest z tym narodem, że musi się ciągle wydzierać. Dla mnie to już nie jest oznaka silnego temperamentu, który ja odbieram jako swobodę i spontaniczność w miłości i relacjach międzyludzkich, uwielbienie dla życia i czerpanie z niego garściami, lecz zwykła słoma w butach. Mimo to Bled to świetne miejsce, a Słowenia to świetny kraj, niestety tylko pogoda niedobra. Zaczęło kropić kiedy jeszcze znajdowałem się na zamku i oglądałem oferowane tam cuda. Dla przykładu mogę w czterech językach sobie odbić na postarzanym papierze, że tam byłem i jak bardzo to miejsce kocham. Polskiego oczywiście nie było, więc zrezygnowałem. Miałem nadzieję, że na dole uda mi się znaleźć jakąś pamiątkę godną paru euro. Zszedłem nad jezioro tą samą drogą i dokończyłem okrąg wokół jeziora. Deszcz już nie żartował, więc z ciężkim sercem odrzuciłem opcję spaceru nad jezioro Bohinj, ale za to mam kolejny powód, by znów odwiedzić Słowenię i jak już to nie sam, bo to nie jest w porządku oglądać takie miejsca samemu.
Miałem malutką nadzieję, że skoro Bled to kurort i miejscowość wypoczynkowa to na pewno znajdę jakieś ciekawe i dobrze zaopatrzone sklepy z pamiątkami. Może to i głupie, ale lubię mieć jakiś drobiazg z miejscowości, którą odwiedziłem. Znalazłem jeden sklepik gdzie po chwili wybrałem jeden, mały, gliniany kubeczek i poprosiłem o jeszcze takie dwa.
-Nie ma. Jest tylko ten.
No dobra. Ja wiem, że Słowenia na ogół kojarzy się ze Słowacją i nie jest znanym jak świat długi i szeroki zagłębiem turystycznym, ale nie stawianie z tego powodu na przemysł souvenirowy jest kiepskim pomysłem na promocję miasta i okolic. Sam chętnie kupiłbym jakiś ładny kieliszek z nadrukiem, breloczek lub nawet koszulkę jeśli posiadałaby naprawdę ładny nadruk. Mam kubeczek na espresso, ale wybór jaki mi zaproponowano był żałośnie mały. Turysta, który przyszedł tam po mnie miał jeszcze mniejszy pod tym względem, a konkretnie to w ogóle go nie miał, bo takie kubeczki były tylko dwa. Dwa w ogóle. Tak załadowany z bólem serca poszedłem na autobus do Lublany, którą osiągnąłem przed siedemnastą. Jechaliśmy w ciągłym korku i Japoniec siedzący koło mnie tak się tym znudził, że zasnął po czym przybił klasycznego gwoździa co pewnie usłyszeli nawet ci siedzący na końcu autobusu.
Dotarłszy do hostelu humor miałem zły i gorszy i nie chciało mi się z nikim żartować, mimo to Nana spróbowała kiedy tylko mnie zobaczyła pytając:
-Dlaczego nie przeniosłeś sie do drugiego pokoju?
-E?
-No, mówiłam ci wczoraj.
Ja takiej sytuacji nie pamiętam. Dzień wcześniej widziałem ją tylko raz kiedy oddawała mi z powrotem klucz, który zostawiłem dwie godziny wcześniej. Nana upierała się przy swojej wersji, a mnie się kłócić z nią nie chciało, zwłaszcza, że mnie było wszystko jedno, a ten mój ciemny kąt i tak wpędzał mnie w depresję. Zabrałem bety z szafki do pokoju vis a vis poprzedniego i się rozgościłem. Pokój dzieliłem z dwójką Włochów już nieco posuniętych z wiekiem i jeszcze dwiema osobami, które nie ujawniły mi się aż do wieczora. Nie chciało mi się wychodzić na miasto, więc wróciłem do swojej książki. W międzyczasie przyszły dwie brakujące osoby, które okazały się być - kolejna niespodzianka - Koreankami, w tym jedną przefarbowaną na rudo. W jednej chwili pomyślałem, że coś musi być nie tak i że ktoś się pomylił. Jak to jest: dali mi jasny pokój z lodówką i mikrofalą (!), łóżko z działającą lampką, nową pościel i na dodatek w pokoju mam rudą Azjatkę? Nie. To na pewno ktoś zrobił jakiś błąd w swojej tabelce, bo nie ma takiej możliwości, by mnie takie cuda spotykały jednocześnie. Nie wiem też na czym to polega, ale mój pierwiastek kobiecy jest chyba większy niż być powinien, bo moja intuicja znów mnie nie zawiodła. A w zasadzie to żałowałem, że musiałem mieć rację. O 23, kiedy próbowałem zasnąć w oczekiwaniu na radosny dźwięk mojego budzika nastawionego na 6:30, do pokoju weszły dwie osoby, choć wolne łóżko było jedno. Chwila konsternacji i po chwili wszedł Matteo, który coś tam próbował się tłumaczyć, ale kiedy zobaczył mnie już wiedział co zaszło. W ciągu kolejnych dwudziestu minut facet rozmiarów trzydrzwiowej szafy płaszczył się w przeprosinach, że mnie budzi, że przeszkadza, że ktoś popełnił błąd, że podwiezie mnie do drugiego hostelu, że jakoś mi to wynagrodzą (no, czekam do dziś), żebym nie miał za złe i tak dalej. Byłem śpiący i zmęczony i tak wypruty z jakichkolwiek uczuć, że nawet bardzo się nie wkurwiłem, choć powinienem zrobić im tam bałkański kocioł. Zebrałem manele, wpakowałem do Golfa i pojechałem z Matteo i Naną (chyba już wiem, kto spaprał sprawę) do drugiego hostelu. Tam miałem krótkie zapoznanie się z obiektem, dostałem kartę i swobodny wybór wybrania sobie łóżka na górze, bo dolne były zajęte przez Włochów (a to ci niespodzianka). 

Z wyspania oczywiście nici. Włosi przyleźli w pół do szóstej (ja ich nie winię, sam ostatnio do domu wparowałem też jakoś tak), czyli wtedy kiedy ja wstawałem. Skorzystałem z tego, że jeszcze nie śpią i potłukłem się im trochę, ale w granicach rozsądku. Sam bardzo nie lubię gdy ktoś mi się specjalnie tłucze nad głową, choć nie musi. Z późniejszych relacji wiem, że wstali koło trzeciej po południu i chcieli wziąć rowery, ale wybito im ten pomysł z głowy. W tym czasie ja byłem w zupełnie innym miejscu, a nawet kraju.
Dwa dni wcześniej Matteo polecił mi odwiedzić Pulę na Chorwacji. Też nad morzem, też ładne, no i palmy są, to na pewno mi się spodoba. Po przejrzeniu wikipedii uznałem to za pomysł warty realizacji, zwłaszcza, że pociągi relacji Lublana-Pula-Lublana jeździły właśnie od 26. kwietnia. Rano podreptałem na dworzec, a że z drugiego hostelu droga już nie trwała dziesięciu minut i zmuszony byłem wyjść o porze dość dzikiej. Ja już chyba tak mam, że lubię się pętać po europejskich stolicach o głupich porach. Dotarłem na dworzec, kupiłem bilet, o wymianie pieniędzy nawet nie myślałem, po czym zlokalizowałem peron. Myślałem, że pociąg będzie typowym IC albo expresem, ale było jeszcze fajniej, bo dostałem spalinowy szynobus, który jedzie do granicznej miejscowości Buzet, a stamtąd inny tego typu pojazd jedzie bezpośrednio do Puli. Taka wycieczka trwa cetery godziny i ciągnie się jak <i>Klan</i>, ale widoki są takie, że dech zapiera. Zwłaszcza wtedy kiedy jedzie się 10km/h metr od urwiska. Tam maszyniści muszą mieć fajną pracę. Spodziewałem się, że na granicy znów będą mnie wypytywać o to gdzie jadę, po co, na ile, z kim i tak dalej, ale zawiodłem się, bo tylko sprawdzili mi paszport i nawet dzień dobry nie powiedzieli.
Dobiliśmy do Puli. Dworzec wygląda biednie, ale nie przyjechałem tu zachwycać się nad ichniejszą infrastrukturą kolejową, tylko nad rzymskimi pozostałościami. Po krótkiej rozterce obrałem kierunek na amfiteatr. Wokół niego spędziłem chyba najwięcej czasu, ale do środka nie wchodziłem. Koszt co prawda niewielki, ale atrakcja dla mnie żadna. Z zewnątrz widać równie dobrze jak z wewnątrz, a nawet lepiej. Poza tym i tak nie miałbym czym zapłacić, bo w kieszeni miałem niecałe dwie kuny. Bank zlokalizowałem dopiero kilka minut później. Wcześniej trafiłem jeszcze na Cygana, który bardzo chciał ze mną porozmawiać i już wtedy wyczułem, że Pula to bardzo wesołe miasto. Może to trochę rasistowskie podejście, ale nie sądzę byśmy znaleźli wiele wspólnych tematów. Prawdę mówiąc wątpię, że ten młody człowiek był zafascynowany thrillerami medycznymi Robina Cook'a w takim samym stopniu jak ja i właśnie o tym chciał ze mną porozmawiać. Kilka chwil później również spotkałem trzech młodych ludzi o oliwkowej cerze, którzy też pewnie tylko chcieli pogadać, dlatego pół miasta za mną przeszli, aż w końcu prawie ze mną kawę pili. Poszli sobie kiedy dałem po sobie znać, że ich zauważyłem i choć na pewno mają wiele ciekawych rzeczy do zaoferowania to ja nie jestem zainteresowany. Nie zajmowałem się nimi już więcej i poszedłem zobaczyć czym to miasto jeszcze mnie może zachwycić. Poszedłem do centrum i znalazłem Forum oraz jakąś starożytną świątynie. Teraz wyczytałem, że to świątynia Augusta z I wieku naszej ery. Wcześniej przechodziłem przez starożytny Łuk Sergiusza, który pasuje do pobliskiej zabudowy jak ja do platformy wiertniczej. No, ale starają się, starają. Na przeciwko świątyni Augusta znajdował się równie stary budynek, na którym ktoś postanowił zaprezentować wszystkim swoje poglądy polityczne. Naprawdę nikomu nie bronię wyrażać swoich poglądów choćby nie wiem jak radykalne by nie były (pod warunkiem, że nie nawołują do nienawiści i krzywdzenia innych, czyli wszyscy wiemy co u mnie odpada na starcie), dla mnie można być wyznawcą Latającego Potwora Spaghetti i wytatuować sobie go na czole czy wyrysować na ścianie swojego bloku, ale, kurwa mać, nie na ścianie zabytku klasy zero. Na farbę w sprayu powinny być wydawane zezwolenia, bo zbyt wiele osób nie wie w jaki sposób i gdzie można tego używać. 
Na plażę było za daleko i chodzić mi się nie chciało, więc poszedłem na coś, co kiedyś było zamkiem. Przebudowywany kilkakrotnie wrażenie robi żadne, ale u jego stóp jest starożytny teatr rzymski i to całkiem nieźle zachowany (no i oczywiście zabudowa wokół pasująca jak wiadomo co do czego). Kiedyś to miejsce tętniło życiem, a obecnie tętnice można sobie przebić szkłem, które wala się niemal wszędzie. Na dodatek przypełzła grupa Włochów. Jeden z uczestników wpadł na pomysł, że może kiedy wbiegnie sobie na górę i zacznie się wydzierać do tych na dole to będzie fajnie i ekscytująco. Jak pomyślał tak zrobił. Miałem ochotę go zepchnąć, w końcu w starożytności na pewno nie jeden tu poległ ku uciesze i radości pozostałych, ale ten nie był warty zachodu. Pomyślałem, że może los dokona tego czego ja nie zdołałem, bo okolice zamku to wielki tor przeszkód i naprawdę warto tam patrzeć pod nogi gdzie się idzie, bo raz, że trawy tam nie koszą, to dwa wszędzie jest pełno dziur głębokich na parę metrów. Oczywiście nie zabezpieczonych no bo po co. 
By wejść poza mury trzeba już zapłacić. Zniżek nie ma, ale cena i tak niewielka, poza tym jest wieżyczka. Pod tym względem zachowuję się jak Obeliks i gdy widzę jakiś ciekawy punkt widokowy to muszę na niego wejść. Wejście do wieżyczki to jeszcze większy tor przeszkód niż dotarcie do niej. Nie polecam nikomu kto ma więcej niż metr siedemdziesiąt wzrostu, bo może się poważnie uszkodzić. Drabinka w środku też najlepsze swoje lata ma już za sobą. Za to widok z góry ładny. Widać amfiteatr, stocznię no i morze. Ucieszyłem się, zrobiłem setki zdjęć po czym wróciłem na dół do typowo włoskich uliczek, które to, poza amfiteatrem, zachwyciły mnie najbardziej i tam znalazłem w końcu jakiś normalny sklep z pamiątkami, gdzie mogłem się wyszaleć do woli. Czas mnie naglił więc powoli poszedłem na dworzec po drodze jeszcze raz mijając rzymski amfiteatr.
Pula jest ładnym miastem i nie żałuję, że zrobiłem sobie tę wycieczkę, niemniej serca tam nie zostawiłem. Można odwiedzić, ale mieszkać dłużej chyba bym nie chciał. Nie w Puli.
Powrót miałem na szczęście bez rewelacji, choć zachód słońca nad dolinami Istrii zostanie mi w głowie do końca życia. W pociągu jechałem tylko ja, jakaś kobita z siatami i koleś z Meksyku + konduktor słoweński, także na granicy obyło się bez ekscesów. Tylko Meksykanin dostał standardowy zestaw pytań, ale z tonu wynikało, że bardziej z ciekawości celnika niż z obowiązku. Poza tym do Puli przyjechał ze mną porannym pociągiem z Lublany i jego również rozpoznali.
W Lublanie byłem po dwudziestej drugiej i niczego tak bardzo nie pragnąłem jak pójść spać. Wedle umowy stawiłem się u Matteo w pierwszym hostelu skąd miałem transport niemal wprost do swojego łóżka. W międzyczasie zrobiłem małą sondę na temat Polaków na Słowenii, czy w ogóle jacyś bywają, a jak już to jak są tam widziani. Odpowiedź bardzo mnie nie zaskoczyła, gdyż brzmiała tak, że Polacy w ogóle nie są w Słowenii widziani. W ich hostelu byłem pierwszym Polakiem od kilku miesięcy. Owszem, jest sporo studentów z Polski ale turystów niewiele. I tak od zdania do zdania dowiedziałem się dlaczego Chorwaci nie lubią turystów z Polski:
-Bo zabieracie ze sobą własne jedzenie!
W pokoju nie zastałem nikogo i w sumie nikogo się nie spodziewałem, więc szybko się spakowałem i poszedłem spać. Obudziłem się o pierwszej kiedy do pokoju weszła jakaś dziewczyna ze swoim kolegą, oboje chyba z Wysp, która zaczęła pokładać się z radości jaka to fajna impreza była. Po dwudziestu minutach ogłaszania tego światu między tym dwojgiem wywiązał się taki dialog:
-Ej, tam na górze ktoś leży?
-Na twoim łóżku ktoś leży?
-Nieee, tym tutaj.
-Ohh... Fuck!
O, fajnie, a już zacząłem na nich piętrowe chuje stawiać, że tak się drą w środku nocy, a oni po prostu mnie nie zauważyli. 
Po chwili przyszli Włosi, których liczba zredukowała się z trzech do dwóch i bez słowa poszli spać. Chwilę później ogłosili alarm, bo dziewczyna zaczęła wydawać z siebie dziwne odgłosy po czym wszyscy mieliśmy okazję zobaczyć co było na tej imprezie serwowane. Włosi zaczęli biegać w kółko w panice, ale uspokoili się kiedy dostali zapewnienie, że wszystko gra. W przypływie empatii podniosłem głowę i kiedy upewniłem się, że dziewczyna będzie żyć wróciłem do pozycji wyjściowej nadal próbując zasnąć. Ciężko było, bo dziewczęcie cierpiało całą noc wydając z siebie bulgoty i inne opary. Nawet zaczynałem się cieszyć, że to już moja ostatnia noc na przyjaznej słoweńskiej ziemi.

Rano spałem do oporu. W końcu nigdzie się nie spieszyłem. Spakowałem się już poprzedniego dnia, więc to miałem z głowy. Wziąłem tylko prysznic, pożegnałem się z tymi co już nie spali i wyszedłem. Poszedłem do Matteo oddać kartę i zostawić bety w przechowalni. Pożegnałem się ze wszystkimi, obiecałem wystawić ładny komentarz i polecać wszystkim ich hostel. Zapominając o tej wpadce z moją rezerwacją w lepsze miejsce trafić nie mogłem. A przynajmniej nie za taką cenę.
Zostawały mi tylko dwie rzeczy do zrobienia; zadzwonić do biura podróży z pytaniem kiedy konkretnie będą w Lublanie oraz zadzwonić do Ranel, która pomogła mi w organizacji wyjazdu, a teraz sama znalazła się na Słowenii. Z pilotką autobusu umówiłem się na osiemnastą, a z Ranel na czternastą. W międzyczasie zobaczyłem co mają ciekawego na targu staroci i poszedłem na obiad do swojej ulubionej knajpy.
Z Ranel i jej koleżanką, Magdą, która w Lublanie jest (chyba już była) na wymianie od roku, spotkałem się przy moście z trzema przęsłami. Wspólny język nawiązaliśmy bardzo bardzo szybko, bo każdy miał na myśli pójść gdzieś się czegoś napić. Ranel chciała wino to poszliśmy do knajpy przy Krakovskiej, którą już nieco znałem z wcześniejszych wizyt. Szybko nam to zleciało, zwłaszcza mnie, bo w końcu po dziesięciu dniach miałem okazję odezwać się do kogoś po polsku. A wiadomo, że wszystko co fajne mija najszybciej. O godzinie szesnastej dziewczyny poszły na obiad, a ja odebrać plecak i na umówione miejsce z biurem podróży. Równo o osiemnastej (nie wiem jak to zrobili, pewnie czekali gdzieś za krzakami) autobus podjechał na parking i pewnie niezwłocznie byśmy odjechali w stronę Mariboru, a dalej Austrii, Czech i ostatecznie Polski, gdyby nie to, że jakieś studentki nie odczytały maila na czas i kiedy pilotka do nich zadzwoniła te dopiero zaczynały się pakować. Kiedy dotarły zapakowałem się do autobusu, zająłem miejsce i zacząłem żegnać się ze Słowenią.


Wielu miejsc nie zobaczyłem z różnych przyczyn. Przed wyjazdem bałem się, że dziesięć dni na tak mały kraj to bardzo dużo, ale ostatecznie mi ich zabrakło. Mimo to myślę, że przy dobrym planowaniu to wystarczający czas by zobaczyć i poznać to co Słowenia nam oferuje, a jeśli ktoś nie będzie miał dość to zawsze może wrócić po więcej. Ja nie miałem konkretnego planu stąd ubytki w zwiedzaniu, ale za to wiem, że na pewno kiedyś tam wrócę.]]></description><pubDate>Fri, 06 Jun 2008 19:57:52 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/slovenia-on-my-mind-czesc-3,1553533,link.html</guid></item><item><title>Ride the Lightning</title><link>http://jest-super.ownlog.com/ride-the-lightning,1546640,link.html</link><description><![CDATA[Wielokrotnie w życiu sprawdziło mi się, że lepiej jest zrobić coś spontanicznie niż planować tygodniami. Niejednokrotnie lepiej bawiłem się na imprezach, o których dowiedziałem się na pół godziny przed ich początkiem, niż na tych, które zapisałem w kalendarzu tydzień wcześniej. Wiadomość, że Metallica znów zamierza u nas zagrać doszła do mnie zaraz po Nowym Roku i mniej więcej wtedy zdecydowałem się kupić bilet. Decyzja była czysto spontaniczna i do 28.maja trochę jej żałowałem, bo przecież mogłem zainwestować w PJ Harvey, której na żywo, w przeciwieństwie do Metallicy, nie widziałem. Co więcej byłem skłonny oddać swoją prawicę za to, że koncertu sprzed czterech lat nie przebiją. 
Rybol zaoferował się z transportem, więc kwestia dojazdu wypadała z worka zmartwień. Jeszcze w kwietniu moje myśli krążyły wokół problemu, że <i>przecież to środa, co to będzie, już wtedy znajdę jakąś pracę, nie puszczą mnie...</i>. No... znalazłem. Nawet pogodę zapowiadali ładną. Jak na złość absolutne zero problemów. Cztery lata wcześniej przynajmniej egzamin miałem.
Podróż autostradą w kierunku Katowic jest mało interesująca (poza standardowymi komentarzami <i>O, znowu ograniczenie prędkości, Jeszcze tego odcinka nie wyremontowali?, Fajnie, znowu zwężenie. Kocham polskie autostrady</i>), więc żeby nam się nie nudziło Rybol zabrał płytę <i>Tajemnice Puszczy</i>, skąd pochodzą takie szlagiery jak <i>Grzebiuszka Ziemna (Pelobates Fuscus)</i> czy <i>Koncert paskówek, żab i rzekotek</i> oraz niezapomniane solówki w wykonaniu Łosia (Alces Alces), Turkucia Podjadka (Gryllotalpa Gryllotalpa) czy też metaliczne zacięcia Lisa (Vulpes Vulpes). Mina pani na autostradowej bramce bezcenna.
W międzyczasie zgubiliśmy się gdzieś na Śląsku, ale kiedy już mniej więcej wiedzieliśmy gdzie jesteśmy to poszło łatwo i bez bólu dotarliśmy do Chorzowa. Już kilka razy byłem w tamtejszych rejonach i z grubsza (bardzo grubsza) orientuję się co jest gdzie, ale gdyby mi wielkimi literami nie napisali gdzie zaczyna się Chorzów a kończą Katowice to sam za Chiny Ludowe bym się nie domyślił. 
Złotą Strzałę zaparkowaliśmy w małej, ślepej uliczce niedaleko stadionu po czym poszliśmy zobaczyć jak kształtuje się sytuacja przy wejściach. To już nie te lata, by pchać się od razu pod scenę, więc po zrobieniu zakupów w Carrefourze dołączyliśmy do pikniku w parku. Zawsze kiedy jest duży koncert Stadionie Śląskim policja zwiera szeregi i bierze z sobą wszystko co tylko ma w swoim arsenale i garażach łącznie z armatkami wodnymi do rozpędzania tłumów. Nie czytam zbyt wielu serwisów muzycznych ani nie śledzę dokładnie wiadomości, ale nie czytałem ani nie słyszałem, by w ostatnich latach na jakimkolwiek dużym koncercie rockowym czy metalowym wybuchały zamieszki miary tych co są co tydzień na kilku polskich stadionach podczas rozgrywek ligowych. Tak czy owak dobrze, że byli. Na pewno jakieś tam interwencje mieli, ale nie podejrzewam, że było to coś poważniejszego od zbierania z chodników tych co przesadzili z piknikowaniem. 
Mnemic przepiwkowaliśmy. Machine Head już oglądaliśmy z poziomu płyty, ale tak nas rozgrzali, że aż zmarzliśmy. Swoją drogą gorszego nagłośnienia jeszcze nie słyszałem i mam nadzieję, że już nie usłyszę. Zespół coś tam sobą reprezentuje, ale dźwiękowcy nie pozwolili im tego udowodnić. Godzina 21 zbliżała się bardzo powoli, więc postanowiliśmy się wmieszać w tłum, by zrobiło nam się choć trochę cieplej. Stojąc w coraz bardziej gęstniejącym tłumie czarnej masy (przeważnie, bo ja na przykład podkoszulek miałem czerwony) poznaliśmy chłopaków z Kujawsko-Pomorskiego, których główne zainteresowania co do koncertu ograniczały się do piwa, kiełbasek, pierdzenia i Nothing Else Matters (nawet niechcący mi gra słowna wyszła). Reszta koncertu tak średnio ich obchodziła, a przynajmniej takie sprawiali wrażenie.
Godzina 21:01. Punktualni prawie do bólu. Ja i 60tys pozostałych osób, podobnie jak cztery lata wcześniej (bez trzech dni), usłyszało pierwsze takty <i>Extasy of Gold</i>. Zaczęło się.
Jak napisałem wyżej przed koncertem nie podejrzewałem, że chłopaki będą w stanie zagrać lepszy koncert od tego z 2004 roku. Udało im się. Nie wiem jak, ale naprawdę tego dokonali i do teraz jestem pod wielkim wrażeniem ich formy i kunsztu. Nie mam w zwyczaju opisywać relacji z koncertów, gdyż wydarzenia, które robią na mnie duże wrażenie trzymam w głowie dla siebie i choćbym nie wiem jak bardzo chciał je dobrze opisać czy opowiedzieć ze szczegółami to nigdy nie byłbym usatysfakcjonowany. Wystarczy, że koncertem jestem zachwycony jak mało kiedy. Nawet występ Nine Inch Nails w Bratysławie tak bardzo mnie nie ucieszył jak środowa Metallica w Chorzowie. Niestety koncert miał jeden bardzo duży minus: mimo, że chłopaki ułożyli wymarzoną setlistę, mimo, że dawali z siebie wszystko, mimo, że nagłośnienie było raczej w porządku, mimo, że kontakt z publicznością mieli fantastyczny, to ta, w ogromnej większości, wcale tego nie odwzajemniła. Chłopaki z Kujawsko-Pomorskiego rozmawiali o piwie i pierdzeniu, dziewczyna stojąca przede mną  ruszyła głową chyba tylko raz i dlatego, że ją komar w szyję ugryzł, pan obok mnie podczas <i>Master of Puppets</i> otworzył sobie piwo, drugi zaczął skręcać jointa. Czy ja zwariowałem? Znak czasów? Mimo to z Rybolem i Juriuszem próbowaliśmy się bawić na tyle ile mogliśmy, niemniej trudno się bawić na całego kiedy ciągle jest się ściąganym w dół przez kogoś stojącego z tyłu, który mówi, żeby mu zasłaniać skacząc. A czy ja jestem w filharmonii? Cztery lata temu z koncertu ledwo się wyczołgałem, po czym zanurkowałem w górze butelek z wodą, które zostały odebrane ludziom przy wejściu, a w tym roku nawet nie chciało mi się pić. Mimo to powtórzę to co napisałem powyżej: koncert sam w sobie mnie zachwycił, a teza, którą postawiłem na wstępie tym razem (na szczęście) się nie sprawdziła. Niemniej bardzo często sprawdza mi się inna: im bardziej nie chce mi się w czymś uczestniczyć tym lepsze doświadczenia potem wynoszę. Trzymam Larsa Ulricha za słowo, że wrócą w przyszłym roku, a ja też tam będę.
Po opuszczeniu stadionu dość szybko udało nam się zlokalizować kolegę Pawła z Ostrowca, więc mogliśmy powoli podążać w kierunku samochodu. Na miejscu okazało się, że przed nami jakaś dobra godzina stania w korku, więc zaznajomiliśmy się z ludźmi z Jasła, których Rybol później niechcący puknął swoją Złotą Strzałą. Straty na szczęście okazały się żadne. Nowi przyjaciele, podobnie jak my wczesnym popołudniem, zachwycili się składanką <i>Tajemnice Puszczy</i> i poprosili, by przesłać im to na maila, bo już żyć bez tego nie mogą. Zastanawiam się, jak często ludzie mieszkający przy tej uliczce widzą pod swoimi oknami korek samochodowy, a jak często mają okazję usłyszeć koncert rzekotek i kumaków. Korki chyba mają częściej.
Droga powrotna upłynęła nam przy rozmowach o muzyce, do których ja raczej się nie włączałem. Marzyłem o prysznicu, łóżku i czymś do zjedzenia, choć jak przed oczyma stawał mi obraz wnętrza mojej lodówki to automatycznie robiło mi się smutno. Urodzinowy dżem od Kali dawno się już skończył, chleba jak zwykle nie było, innego prowiantu także niet. Dotarłem tam około w pół do trzeciej, zjadłem banana i jak stałem tak padłem.]]></description><pubDate>Thu, 29 May 2008 23:22:17 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/ride-the-lightning,1546640,link.html</guid></item><item><title>Slovenia on my mind. Cześć 2.</title><link>http://jest-super.ownlog.com/slovenia-on-my-mind-czesc-2,1539744,link.html</link><description><![CDATA[Wracając do tematu Słowenii to Cyke właśnie z niej wrócił. Jak zaczęliśmy się witać o 18 to skończyliśmy o 6 rano dnia następnego. Tu widać oznakę czasu, gdyż jak kilka lat temu Hamlet przyjechał ze zmywaka (konkretnie to z KFC) z Anglii to witaliśmy go trzy dni. W każdym bądź razie z Cykiem i tak mieliśmy tego ranka nieźle, bo mogliśmy się wyspać, ale Anetka, sąsiadka, o której istnieniu dowiedziałem się tego wieczoru, miała na siódmą do pracy. To, że jej z tej pracy nie wywalili można rozpatrywać w kategorii cudu, bo Anetka pracuje na poczcie i chuch zapewne miała potężny, mimo, że na przystanku prawie ją zasypaliśmy gumami do żucia. Przetrwała dzień. Zuch dziewczyna. Okazją główną do doprowadzenia się do takiego stanu były urodziny Jowi, ale o tym dowiedziałem się już na miejscu i jako prezent przedstawiłem samego siebie. Każdy dobrze wie, że najlepiej jest urodzić się w maju i w związku z tym, że właśnie całkiem sporo osób o tym wie, ja zacząłem żyć według czasu wschodnioamerykańskiego.
No ale o Słowenii miało być.
20. kwietnia w Warszawie grała i śpiewała Katie Melua. Ja bardzo Katie lubię ale tego dnia miałem gościnne występy w Mariborze. Ciężko mi było przełknąć ominięcie takiej imprezy, ale jeszcze bardziej zabolała mnie wiadomość o tym, że 27. tego miesiąca piękna Ketevan będzie występować w Lublanie kiedy ja tego dnia miałem autobus do Polski. Optymistycznie założyłem, że jeszcze nie raz będę miał okazję podziwiać ją na scenie, więc długo nie rozpaczałem. Mimo to szkoda i żal ogromne. Z tego samego powodu nie zobaczyłem Anouk w Amsterdamie trzy tygodnie wcześniej.
Do Mariboru pojechałem pociągiem. Można też autobusem, ale wychodzi to drożej, poza tym pociągi mimo wszystko są wygodniejsze i chyba też szybsze. Jako, że to była niedziela załapałem się na turystyczne bilety weekendowe i byłem około sześciu euro do przodu. Bardzo miły akcent na rozpoczęcie dnia i, choć nie lubię uprzedzać faktów, niestety ostatni. Pociąg też był ładny i wygodny (bodaj IC do Pragi), ale to tyle z rewelacji. W Mariborze zameldowałem się przed trzynastą i od razu odczułem, że jest niedziela. Miasto wyglądało jak w filmie <i>28 dni później</i> z tą różnicą, że na ulicach nie walały się stare gazety. Przebrnąłem przez to pustkowie i znalazłem jakieś centrum ale i tam zbyt wielu ludzi nie spotkałem. Stały za to jakieś Porsche. Właściciele chyba zrobili sobie mały zjazd i to było jedyną atrakcją w tym mieście (przynajmniej w niedzielę). Poza tym sklepy pozamykane, knajpki też, restauracje to samo, tylko McDonald's był otwarty. Przycupnąłem pod jakimś pomnikiem w centrum koło mariborskiego zamku (w niedzielę oczywiście zamknięty, bo turyści pewnie przyjeżdżają w środy) i zacząłem czytać w przewodniku gdzie iść by nie zacząć walić głową w najbliższą ścianę. Przewodnik powiedział mi, żebym poszedł na nabrzeże Dravy, bo tam są knajpki, ładne widoczki no i jacyś ludzie. Jest też najstarsza na świecie winorośl (Stara trta), której wiek datuje się na 400 lat. Poszedłem, zobaczyłem, zrobiłem kilka zdjęć mostu, jakiejś wieży, no i samej winorośli. Nie zachwyciłem się tym fenomenem pewnie ze względu na to, że w połowie kwietnia ów zabytek przyrody nie ma liści, a ja wiedzę teoretyczną o winie mam żadną ale za to w praktycznym poznawaniu mam już większe sukcesy. Chwilę się jeszcze pokręciłem i poszedłem zobaczyć co to miasto może mi jeszcze zaoferować. Spojrzałem na mapkę i zlokalizowałem park. Do roboty wiele nie miałem, powoli zacząłem się topić w butach, więc przegłosowałem samego siebie i poszedłem wywalić się na trawkę i poczytać Kapuścińskiego. Zlokalizowanie tego parku równało się ze zlokalizowaniem całej populacji Mariboru i okolicznych miejscowości (prawie całej, reszta była pewnie w nowowybudowanym centrum handlowym na drugim brzegu rzeki). W sumie im się nie dziwię, bo samo centrum urokliwe specjalnie nie jest, a park za to jest fantastyczny. Czas jaki został mi do pociągu spędziłem już tam łapiąc trochę słońca i dając odpocząć stopom, które już zdecydowanie miały dość tej wycieczki.
W międzyczasie nie zanotowałem już żadnej ciekawostki, która mną tak wstrząsnęła, że aż musiałbym ją zanotować dla potomności, więc po przeczytaniu kilkunastu stron <i>Podróży z Herodotem</i> pokierowałem się prawie pustymi ulicami na dworzec. Pociąg już na mnie czekał i mimo, że miałem trochę czasu do odjazdu, a sam pociąg śliczny nie był (zwykły regional jakich u nas pełno) zająłem miejsce w środku.
W przewodniku wyczytałem, że Lublana jest typowo studenckim miastem. W sezonie studenci stanowią do 15% ogółu ludności w mieście i kiedy w tamtą niedziele wracałem tym regionalem do Lublany przekonałem się, że to może być prawda. Jak każdy wie Słowenia jest mała, także pewna część studentów na weekend wraca do domu, co specjalnie dziwne nie jest, bo pewnie co jakiś czas sam bym tak robił, co więcej znam sporo osób, które studiując w Krakowie na weekendy jadą w rodzinne strony robić pranie. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu ludzi wychodzących z pociągu. Wychodzili i wychodzili. Jeden wielki potok ludzi z plecakami i walizkami wylewający się z wagonowych trzewi. Śpiewali, cieszyli się, umawiali na piwo i kierowali do akademików. Nie dotrzymałem im kroku i pokierowałem się najpierw do jakiejś knajpy, by w końcu coś zjeść normalnego (przy okazji odkryłem dobry kebab przy dworcu), a następnie do hostelu. Tam odkryłem, że Włochów już nie ma za to na ich miejsce dostałem tylko powietrze. Było mi to na rękę, bo byłem wytyrany i specjalnie nie chciało mi się z nikim gadać. Nie sprawdziwszy nawet poczty poszedłem spać, bo choć Maribor to nudne miasto i jak ktoś nie musi tam jechać to niech lepiej ominie i nie traci dnia, to zmęczyło mnie okrutnie. Na kolejny dzień zaplanowałem sobie poważniejszą wycieczkę - Zagrzeb.
Parę miesięcy temu wymyśliłem sobie plan na najbliższe kilka-kilkanaście lat: otóż chciałbym zwiedzić lub choćby tylko zobaczyć wszystkie europejskie stolice od Lizbony po Moskwę i od Reykjaviku po Valettę. W tym także Tiranę, Sarajewo, Skopje, Vaduz. Skoro już byłem na Słowenii to głupio nie wpaść do Zagrzebia kiedy ma się takie ambitne plany (które zresztą realizuję trochę bez sensu, ale z drugiej strony ładu i składu w moim planie nie było), a który leży za miedzą. Juriusz mówił, że Zagrzeb jest nudny i jeden dzień to będzie akurat, a ja więcej i tak nie miałem. Nie miałem też chorwackich kun. No ani lipy. Lipa zatem straszna. W sobotę zapomniałem iść do banku (na dworcu niesamowite złodziejstwo, np. za 100zł można było dostać 23euro), w niedzielę byłem w Mariborze, ale nawet jeśli zostałbym w Lublanie to nie miałbym gdzie wymienić. Rano również nie udało mi się tego zrobić, bo wszystkie banki otwierają tam o 8:30 kiedy ja pociąg miałem 8:35. Dla komfortu psychicznego nie warto było ryzykować, w końcu Zagrzeb to nie koniec świata i tam banki też mają. Mimo wszystko nie lubię gdzieś jechać nie posiadając tamtejszej waluty.
Przedział zajmowałem z Austriakiem czytającym powieść Baldacciego. O tym co czyta dowiedziałem się z okładki książki, którą trzymał, a narodowość poznałem po paszporcie, który podał pani celnik na granicy. Mój paszport bardzo jej się nie podobał, bo kazała mi pokazać inny dokument (podejrzewam, że mój wiek z moim wyglądem nie chciał jej się zgodzić, jakiś czas temu miałem to samo w monopolowym). Dodatkowo otrzymałem standardowy zestaw pytań, czyli: 'gdzie? dokąd? skąd? po co? na ile? ile bagażu? co w bagażu? itd. Trochę nie spodziewałem się takiego ataku to się zmieszałem, ale pani uznała, że żaden ze mnie przemytnik ani terrorysta i pozwoliła jechać dalej. Słoweńscy celnicy są jednak sympatyczniejsi.
11:00 jestem na chorwackiej ziemi. Pierwsze wrażenie - <i>wow, ładnie tutaj, tramwaje mają, niebieskie nawet, w kiosku porno DVD stawiają koło DVD z listonoszem Patem i strażakiem Samem, w ogóle jakoś tak tu ładniej niż w Lublanie</i>. Z takim nastawieniem poszedłem zwiedzać centrum. Nie miałem żadnego planu, więc z niczym się nie ścigałem. Uznałem, że to co mi się uda zobaczyć to zobaczę, a to czego nie to nie, a ja nauczę się jakoś z tym żyć. Wziąłem ze sobą mapę miasta i nie zawahałem się jej użyć, ale żadnego banku nie udało mi się na niej zlokalizować. Udało mi się to zrobić 300m od dworca, gdzie moje 20 euro wyceniono na 143 kuny z lipami. Więcej wydawać nie chciałem i musiało mi to wystarczyć, zwłaszcza, że przyjechałem tu także po urodzinowy prezent dla Juriusza. Zwiedzanie zacząłem od pójścia w przeciwną stronę niż chciałem co zaowocowało totalnym pogubieniem się w mieście. Po kilku chwilach spędzonych nad mapą w końcu udało mi się zlokalizować i obrać dobry kurs na centrum. Przy okazji wszedłem w kadr jakiejś ekipie filmowej. W centrum znalazłem plac na wolnym powietrzu z owocami, warzywami, kwiatami i innymi trawami, a także białym serem i innymi tego typu wynalazkami. W bunkrze pod ziemią były sklepy mięsne i całe szczęście, że Chorwacja nie jest w Unii, bo inaczej kazali by im to z miejsca zamknąć, zaorać i posypać wapnem. Durne unijne prawo, ale co zrobić. Na obiad poszedłem do jakiejś knajpy, gdzie dali mi coś co wyglądało i smakowało jak pizza calzone. Całkiem dobre i tanie. Sam lokal przypominał bar mleczny z początku lat 90': małe stoły pokryte ceratowymi obrusami w czerwono-białą kratkę, duże okna, wysokie sufity, prostota bryły. Poczułem nostalgię i przypomniały mi się wakacje w Rabce-Zdrój i obiady w restauracji <i>Małgośka</i> przy ul. Orkana. Klimat ten sam. O ile wiem ta restauracja już nie istnieje od lat i obecnie jest dyskoteką.
Chciałem kupić też jakiś breloczek dla Maryśki, bo zainteresowana pała się zbieractwem tego typu rzeczy, ale kiedy znalazłem sklep z pamiątkami to się załamałem. Miałem nadzieję, zę choć w Zagrzebiu uda mi się coś znaleźć ładnego, ale najwidoczniej przeliczyłem się. Mimo wszystko i tak było lepiej niż w Lublanie, bo tam to już w ogóle nic nie ma pod tym względem. Niczego nie wybrałem i pokierowałem się w stronę Katedry (katedrala Marijina Uznesenja). Niestety nie trafiłem dobrze, bo jedna z wież była remontowana, co, jak się potem dowiedziałem, trwa już szósty rok. W Internecie trudno trafić na zdjęcie tej katedry bez rusztowań ją okalających. Teraz żałuję, że nie wrzuciłem pieniążka na remont, bo jak tam kiedyś wrócę to chciałbym zobaczyć ten budynek w pełnej krasie, a tak to w tym stuleciu raczej nie ma na to szans. Interiorem się nie zachwycałem, bo ani to w moim stylu ani nie mam do tego kompetencji. Poszedłem w stronę placu Bana Jelačića, skąd podobno miałem trafić na wzgórze, gdzie jest kościół św. Marka i pewnie by mi się to udało, gdybym nie poszedł jak zwykle w złą stronę. Po chwilowej dezorientacji znalazłem właściwą uliczkę (Tomiceva jakby kogoś interesowało) skąd na wzgórze można wjechać kolejką albo wejść po schodach jak człowiek. Zlokalizowałem kościół, który - uwaga niespodzianka - również był w remoncie i w ogóle nie dało się do niego wejść. Pocieszyłem się jego wyglądem zewnętrznym i poszedłem rozejrzeć się po okolicy. Przy górnej stacji kolejki znalazłem wieżę z której za drobną opłatą można było zobaczyć cały Zagrzeb. Nie udało mi się to, bo wieża jest otwarta w każdy dzień poza poniedziałkiem. Takie moje szczęście. Zrobiłem kilka zdjęć z murku i wróciłem na dół, bo w oddali powoli zaczynało się niewesoło chmurzyć. I tak miałem coraz mniej czasu do pociągu, a Zagrzeb mały nie jest. Spojrzałem na mapę i zlokalizowałem polskie akcenty; ulicę Varsavską i Sopot. Sopot to dzielnica Zagrzebia gdzie główną atrakcją są mrówkowce, więc tam specjalnie zapuszczać się nie chciałem, ale Varsavską sobie zobaczyłem, bo raz, że byłem blisko, dwa i tak nie miałem co robić. Kiedy tak nic nie robiłem wspomniane wcześniej chmury nasunęły się nad miasto i pokazały co kryją w sobie, a kryły hektolitry wody i całkiem sporo ładunków, które ostatecznie spadały to tu to tam. Kilka lat temu piorun uderzył mniej więcej dwadzieścia metrów ode mnie i od tamtego momentu podczas burzy staram się nie być w epicentrum, a już na pewno nie w obcym mieście i kraju. Nie chciałem ostatniej godziny spędzić na dworcu, więc poszedłem w kierunku czegoś, co wyglądało jak zejście do metra, ale jako, że Zagrzeb metra nie posiada to tym bardziej byłem ciekawy co tam jest (poza tym tam nie padało). Chorwaci okazali ludźmi, którzy wiedzą w którym miejscu mają głowę i trzykontygnacyjną galerię handlową postanowili zbudować pod ziemią, by turystów nie witał wielki, brzydki, szklany moloch. Jak widać da się zrobić sporej wielkości centrum handlowe, zarabiać na nim krocie i przy okazji nie psuć tym wyglądu miasta. Krakowscy radnych co jakiś czas wysyła się w teren by badali jak się rozwiązuje problemy w innych europejskich miastach, jednak jak widać (i to niestety dosłownie) traktują te wyjazdy jako wycieczki i dalej powstają i pewnie nadal powstawać będą koszmarki typu Galeria Krakowska. W kwestii budownictwa na obecnym etapie rozwoju może nie wszystko jest jeszcze możliwe, ale kiedy naprawdę się chce to można stworzyć coś za co mieszkańcy nie będą musieli się wstydzić. Argument <i>lepsza taka galeria od tego co tam było wcześniej</i> jest jak najbardziej słuszny, szkoda tylko, że jedyny.
Droga powrotna upłynęła bez ekscesów. Wcześniej na dworcu miałem lekkiego stresa, bo mój pociąg składał się z wagonów jadących w trzy różne kierunki a ja nie chciałem się pomylić i obudzić się w Belgradzie. Przynajmniej nie tamtego dnia. Ot takie podróżowanie po chorwacku. Na granicy znów dostałem standardowy zestaw pytań, ale już nie czepiano się mojego paszportu. Nawet pieczątkę dostałem, co prawda ledwo widoczną, ale za to pierwszą od siedmiu lat.
Dotarłem do Lublany. Dotarłem do sklepu (Merkator, taki ichniejszy Kefirek albo raczej Biedronka, mają nawet własne piwa, ale się nie skusiłem). Dotarłem do hostelu. Mój pokój bardzo się sfeminizował od czasu kiedy go widziałem ostatni raz i prawdę mówiąc bardzo mi to nie przeszkadzało. Poznałem dwie Koreanki, Jun(Yun?) i Grace (koreańskiego imienia podać nie chciała) oraz Brytyjki Kathy i ... no właśnie nie zapisałem. Okazji do bliższego poznania się nie było, więc wziąłem prysznic, sprawdziłem pocztę, zapewniłem martwiące się o mnie dusze, że żyję i poszedłem spać. 
Rano okazji do poznawania nowych znajomych było bardzo dużo. Cały dzień lało i nikomu za bardzo nie chciało się wychodzić, tylko Koreanki ciągle gdzieś nosiło tam i z powrotem. Większość dnia spędziłem w hostelu zapoznając się z obcymi kulturami i gadugadowaniu z Ann. Brytyjki przyjechały na cztery dni i mimo deszczu postanowiły zwiedzić co się da, więc wiele z nimi nie porozmawiałem, za to poznałem ich preferencje literackie, Koreanki podczas gdy ich nie nosiło to spały, a jak nie spały to były mało rozmowne. Grace chyba mnie nie polubiła, bo ciągle patrzyła na mnie z ukosa, za to Jun/Yun była ciekawa czego słucham, co czytam, co jem, czy może się ze mną napić piwa, czym przyjechałem, skąd przyjechałem (<i>Poland. Holland?? Poland! P!</i> Standard), na ile zostaję, dlaczego tak długo, jakie mam plany, czy może mi zrobić zdjęcie... Potem poleciała gdzieś z koleżanką i wróciła koło 2 w nocy. Wieczorem kiedy w końcu przestało padać udało mi się na chwilę wyjść na miasto, ale to tyle jeśli chodzi o ten dzień. Lublanę już poznałem, więc nie rozpaczałem z powodu siedzenia w jednym miejscu. Nawet się ucieszyłem, że wycieczkę do Kopru przełożyłem o jeden dzień. ]]></description><pubDate>Thu, 22 May 2008 17:04:50 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/slovenia-on-my-mind-czesc-2,1539744,link.html</guid></item><item><title>A quarter.</title><link>http://jest-super.ownlog.com/a-quarter,1532505,link.html</link><description><![CDATA[Maj płynie spokojnie. Co dość regularny odstęp czasu pojawia się jakaś impreza albo jakieś wyjście albo po prostu zwykłe piwo na AWFie, po którym wracam do domu bez ładu i składu. Gdzieś po drodze były urodziny Juriusza w klubie, do którego nawet łatwo trafiłem, ale jak już mi się to udało to przez chwilę nie wiedziałem czy aby na pewno, bo jakoś cicho i pusto było (przynajmniej jak na środek Juwenaliów), ale kiedy już zlokalizowałem solenizanta wszystkie powyższe wątpliwości zniknęły. Tego wieczora po ponownym poznaniu i późniejszym odprowadzeniu Vix, przyszłej pani archeolog, niemal pod same drzwi mieszkania, chociaż w założeniu było najbliższe skrzyżowanie, podążyłem jeszcze na chwilę w kierunku Łubu-Dubu, choć tego klubu jakoś nie trawię, gdzie Karolina Czerwona Sukienka (znam chyba osiem Karolin przez co coraz ciężej jest mi je tu uwieczniać) utwierdziła mnie w przekonaniu, że ten gość tam na kanapie, który wygląda jak któryś z Adamów z Formacji Chatelet to faktycznie któryś z Adamów z Formacji Chatelet. Bodajże Adam Grzanka. Podobno bywa tam dość często i pije do czwartej, jak my zresztą. Nie miałem okazji się tam zasiedzieć, bo Cyke i obie Karolki wspólnie mieli dość piątku i zapragnęli wyjść na spotkanie sobocie i w związku z czym opuściliśmy lokal. Tuż przed nami, ze zdecydowaną pomocą ochroniarza, zrobił to pewien chłoptaś kiedy po dłuższej drzemce postanowił wyłożyć się z nogami na stole niszcząc przy okazji to i tamto. Głównie tamto co się rozbiło na podłodze. Po odprowadzeniu jednej i drugiej Karolki własny dom osiągnąłem w okolicach piątej. Zrobiło się już zupełnie jasno, a ja nie miałem optymistycznych wizji samego siebie na ElectroPerversion kilkanaście godzin później, więc poszedłem spać. Lecz szczęśliwie dotarłem i tam ale w stanie dość smutnym, choć wcale nie na kacu. W ogóle kaca tego dnia nie miałem, bo specjalnie nie było z czego go mieć, co najwyżej z niewyspania i do tego, nawet bez tortur, mogę się przyznać. Obiecałem, że będę; chciałem zobaczyć Królika, bo nie widziałem jej od połowy marca; chciałem pogibać się przy jakiejś miłej dla ucha combichristowo-hocicowo-laibachowej muzyce i w ogóle posiedzieć w piwnicy. Sielankę próbował zepsuć jakiś typ, który o 23 przypomniał sobie, że ma rezerwację akurat tam gdzie siedzieliśmy i próbował nam wmówić, że jest trzema samochodami, choć mi wyglądał na jednego i wcale nie samochód. Powiedzieliśmy mu, że za chwilę sobie pójdziemy, ale ten nie chciał słuchać i poszedł się poskarżyć ochronie. O pierwszej wróciliśmy na swoje kanapy, bo nasz nowy kolega chyba zauważył, że najwidoczniej pomylił knajpy i załapał się na imprezę, na której wcale nie chciał się znaleźć. Półtorej godziny później uznałem, że najwyższy czas pozbierać zabawki i pójść sobie do domu, bo mimo, że towarzystwo wymarzone, muzyka do rzeczy (akurat w tamtym momencie nie) to ja, prawdopodobnie ku uciesze całej salki, przybiję bolesnego gwoździa do stołu. A stół niski. Pożegnałem się i wyszedłem. Tego wieczora żadna przyszła pani archeolog przeze mnie do domu odprowadzona nie została.

Pod oknem grupa panów pod czterdziestkę robi chodnik; kładą kostkę brukową, tworzą na nowo uliczkę osiedlową i ogólnie rzecz biorąc hałasują, co jakoś bardzo mnie nie dziwi, bo ciężko budować drogę po cichu. Nie przeszkadza mi to w żadnym stopniu kiedy jest robione w normalnych godzinach, ale jeśli bawią się w piłowanie kostek brukowych między 7:20 a 8:30 (tak, później już nie) to aż chce się zadać im pytanie czy przypadkiem nie oglądali <i>'Dnia Świra'</i> a jeśli tak to <i>czy muszą tak napierdalać od bladego świtu? Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! (...) I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Wrócicie napierdalać jak siądę do pracy!</i> Długo by tej uliczki czy tam chodnika nie skończyli, bo choć chciałbym do pracy usiąść to nie mogę. Szukam i szukam i na tym się póki co przygoda kończy.]]></description><pubDate>Wed, 14 May 2008 21:45:34 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/a-quarter,1532505,link.html</guid></item><item><title>Slovenia on my mind. Część 1.</title><link>http://jest-super.ownlog.com/slovenia-on-my-mind-czesc-1,1525050,link.html</link><description><![CDATA[Słowenia to bardzo mały kraj. Obszarowo jest nieco większy od województwa małopolskiego, natomiast pod względem liczby ludności tylko trochę przewyższa Warszawę, i mimo tego, że to tak mały kraj, chciałem tam spędzić ponad dziesięć dni.
By się tam dostać w miarę tanio trzeba się trochę natrudzić, bo niby kraj europejski, niby blisko, a bezpośrednich połączeń prawie nie ma. Są jakieś loty na trasie Warszawa-Ljubljana, ale w bezsensowych cenach. Druga opcja to autobus, który kursuje na trasie Polska-Włochy raz na tydzień w cenie dość znośnej jak na autobus. Przy podróży tam i z powrotem mieli nawet urocze rabaty, ale godzina przyjazdu do Lublany (23:40 według rozkładu, czyli koło 0:30 w rzeczywistości) przesądziła, że podróż tam zorganizowałem sobie w inny sposób.
I właśnie dlatego, że nie lubię zjawiać się w obcych miastach o bezsensownych porach w Wiedniu znalazłem sie o 4:40. Z dwojga złego lepiej być gdzieś nad ranem niż późnym wieczorem. Dzień wcześniej odkryłem, że autobus nie przyjeżdża już na Südbahnhof jak to zwykł robić dotychczas tylko na nowy dworzec autobusowy przy drodze na koniec świata i w porę zrobiłem jakąś mini-mapę gdzie zaznaczyłem jak dojść na dworzec kolejowy. Chciałem jeszcze spytać kierowcę czy zna jakieś kursy na Turcję, ale z tego wszystkiego wyleciało mi to z głowy. W końcu pora była raczej ciężka. I znów tak jak poprzednio nie mogłem polegać na położeniu Słońca więc zostało mi odgadywać swoje położenie na swojej mini-mapie. Wychodziło dość prosto: w lewo, w lewo, prosto, prosto, prosto, prosto, prosto, w prawo, prosto... Od piątej co prawda jeździł tramwaj, z którego pomocą mógłbym szybciej dotrzeć na Südbahnhof , niemniej zrezygnowałem z tego pomysłu, bo specjalnie mi się przecież nie spieszyło, a nocny spacer po Wiedniu to dodatkowa atrakcja. Pociąg do Lublany (będę używał głównie nazwy polskiej, zresztą dla pewnej części Słoweńców oba j są zbędne) miałem o 7:57, a tu jeszcze nawet piątej nie było. Swoją drogą w Wiedniu tramwaje jednej linii po piątej rano jeżdżą co siedem minut... w Krakowie nawet w szczycie tak nie ma (choć tramwaje są po części właśnie z Wiednia). Mniej więcej 45 minut po opuszczeniu autobusu znalazłem się na wiedeńskim dworcu południowym i od razu doznałem déj&#224; vu, bo przecież prawie równo rok temu ja tam byłem o podobnej porze. Chyba rzeczywiście jestem nienormalny. Zjawianie się w europejskich stolicach o dziwnych porach stanie się chyba moim nowym hobby.
Mimo wszystko do pociągu zostawały mi jakieś dwie i pół godziny. Czasu więcej niż bym chciał ale ponoć inteligentni ludzie się nie nudzą, więc wziąłem się za książkę. Tym razem padło na <i>Podróże z Herodotem</i> Kapuścińskiego, także na czasie. Może i się nie nudziłem, ale kiedy przyszło co do czego moja inteligencja została wystawiona na ciężką próbę, bo pani w okienku powiedziała bym kupił sobie bilet do granicy w automacie biletowym i nie zawracał jej głowy. Z pomocą przyszła mi inna pani, która była tam właśnie od niesienia pomocy takim niemotom jak ja i dzięki niej udało mi się kupić bilet do Spielfeld. To, że to miało być właśnie Spielfeld dowiedziałem się właśnie od ww. pani, która swoją drogą operowała najpiękniejszym głosem jaki w życiu słyszałem (przynajmniej od kobiety pracującej na dworcu kolejowym o szóstej rano). Czysty, śliczny, dźwięczny... Moim zdaniem, uchem w zasadzie, niemiecki nigdy nie należał do najładniej brzmiących języków, ale jej mógłbym słuchać całe dnie i gdybym mógł nagrałbym ją sobie na mp3playera jak zapowiada pociągi i słuchał przez resztę wyjazdu. Komenda <i>zwiąż mnie i mów po niemiecku</i> zupełnie straciła dla mnie swoją wymowę i sens.
Jedną z prawd na temat Südbahnhof jest to, że nie jest lotniskiem (nie wiem czy mają terminal), ergo mając w ręce bilet dalej miałem swoje dodatkowe dziesięć kilo na plecach. Poczołgałem się do krzesełek, gdzie rok wcześniej prowadziłem jakże kszałcące rozmowy z menelami o Wałęsie i wróciłem do swojego Herodota. W międzyczasie przyplątał się jakiś Rosjanin z dzieckiem i próbował się ze mną dogadać za pomocą słowniczka rosyjsko-niemieckiego i jakimś cudem w większości wiedziałem w czym rzecz. Poza tym dworzec nie zaoferował mi więcej atrakcji i w takiej monotonii i bezruchu czekałem na swój pociąg. 
Podstawiono go dobre 40-50 minut przed odjazdem, więc zmieniłem swoje twarde, metalowe krzesełko na wygodny fotel słoweńskiego wagonu. W słoweńskim jeszcze przecież nie byłem to korzystałem. Wiele ten temat nie da się powiedzieć, no może poza tym, że klimatyzacji nie było natomiast okna zrobili tylko uchylne. Z jednej strony fajnie, bo żaden kretyn nie wpadnie na pomysł otwarcia okna w przedziale na ile tylko można kiedy lokomotywa wyciąga ile fabryka dała, ale z drugiej magia podróżowania nieco przygasła. Pod tym względem wagony z klimą to już w ogóle rozpacz. Do tego dochodzą nowoczesne podwozia, cichutkie koła, równe tory, nic nie buja, nic nie stuka. Bez sensu.
Podróż na trasie Wien - Ljubljana zabrała mi z życiorysu sześć godzin, które wykorzystałem głównie na odespanie nocy. Czasem tylko ktoś chciał mnie zająć rozmową (angielski przeważnie odpada, za to znajomość niemieckiego jest w cenie), ale takich osób na szczęście wiele nie było. W Mariborze musiałem na chwilę przerwać swoje zajęcie i zrobić krótką przebieżkę do kas, by kupić bilet do Lublany, a nie tylko ja miałem taki pomysł. Za to trasę Spielfeld-Maribor pokonałem nie płacąc ani centa.
O 14:08, prawie zgodnie z rozkładem (14:10) dotarłem do stolicy Słowenii, miasta, którego zdobycie nie dane mi było rok wcześniej. Z definicji wjeżdżając do miasta powinienem był słuchać Laibacha zamiast Hocico ale mój mp3player ma taki śmieszny defekt, że dźwięk idzie na obie słuchawki tylko przy odpowiednim go ułożeniu, więc nie chciałem nic przy nim manipulować, bo pewnie nie miałbym ani Hocico, ani Laibacha ani nic innego. Dworzec w Lublanie wrażenia nie robi ale ponoć Węgrzy mają im tam coś budować w przyszłym roku, więc można się spodziewać jakichś większych rewelacji. Dworzec autobusowy natomiast przypomina ten z Krakowa podczas budowy obecnego oraz Galerii Krakowskiej - parking przed PKP. Pod tym względem nie mają czym się pochwalić i na dzień dzisiejszy cudów zdecydowanie brak. Na kontemplacje okołodworcowe miałem jeszcze całe dziesięć dni, więc zamiast tego skupiłem się na swoim głównym celu, czyli dotarciu do hostelu. Do zlokalizowania miałem ulicę o dźwięcznej nazwie Petkovškovo nabrežje. GoogleEarth już mi ją wcześniej znalazło, ale niestety nie było dość cwane i z numerem sobie nie poradziło co w  rezultacie zaowocowało pójściem dość mocno okrężną drogą. 
<i>Jestem! Znalazłem! Hurra! Jak tu ładnie! W końcu pozbędę się plecaka!</i> W hostelu powitał mnie Matteo, chyba nie szef ale prawdopodobnie kierownik tego przybytku. Spisał moje dane, wziął kasę, dał klucz, oprowadził po włościach i zalecił, że jak czegoś będę chciał to mam krzyczeć. Pokój dostałem niewielki, poddaszowy, trzyoknowy, czterołóżkowy. Według mojej rezerwacji miał być sześcio, ale w kilku hostelach już byłem i wiedziałem, że czasem liczba łóżek w pokoju bywa płynna i zmienia się w zależności od potrzeb, więc nie panikowałem. Jako wieczny szczęściarz wygrałem jedyne łóżko, przy którym szafka na kluczyk była zepsuta oraz gdzie lampka nie działała. Byłem na to zbyt zmęczony, by się tym przejmować, ale w sprawie szafki interweniowałem. Tak naprawdę w plecaku nie miałem nic bardzo <i>precious</i>, ale jakoś wolałem być spokojniejszy. Miała zostać naprawiona do godziny szesnastej dnia bieżącego, ale coś czuję, że do teraz stoi tak jak stała. Pozostałą cześć dnia spędziłem na szukaniu obiadu, sklepu (Spar był dokładnie na przeciwko, a to szczęście burzyła tylko Lublanica przepływająca pomiędzy), fajnej knajpy i ogólnym poznawaniu miasta. Pierwszą i niestety smutną obserwacją, były popisane ściany. Po kilku dniach stwierdziłem, że tam naprawdę mają problem z ludźmi, którzy umiejętność pisania muszą specjalnie zamanifestować. Na dodatek nie za pięknym pismem. Nie, żeby polskie miasta były wolne od tego problemu, bo to w ogóle abstrakcja, niemniej w Lublanie bardziej to widać. Z dwojga złego w sumie nie wiem co gorsze: nawoływanie do manifestacji na każdym słupie, murze, kamienicy, czy ciągłe <i>Wisła kurwa czy Cracovia chuje</i> co drugi blok. Mimo wszystko u nas w ścisłym centrum aż tak wielu napisów i bazgrołów nie ma (albo ja do nich przywykłem i ich już nie zauważam), chociaż dwa dni temu ciśnienie krwi mi się podniosło, bo ktoś zamiast kulturalnie wywiesić plakat z informacją o imprezie w Krzysztoforach postanowił to namalować na kamienicy w samym centrum. Szablon może i ładny, ale podejrzewam, że tylko nad nim się twórca zastanawiał. 
Po dwóch piwach w knajpie odbiór miasta miałem już znacznie lepszy. Po powrocie wieczorem do hostelu poznałem trzech Szwajcarów o imionach Philipp, Chris i chyba Olaf, z którymi dzieliłem pokój i niestety z nimi musiałem rozmawiać po angielsku, bo ich niemiecki bardzo różnił się od tego, który ja znam. Myślę, że nawet z Niemcami by się nie dogadali.
Drugi dzień chciałem zaczął od praktycznego poznania miasta. W sensie chciałem zobaczyć skąd będę odjeżdżał w przyszłą niedzielę. Wcześniej musiałem skombinować sobie jakieś śniadanie i zrobiłem to na placu z owocami niedaleko hostelu. Kupiłem truskawki, które truskawkami były tylko z wyglądu i to też nie do końca, bo te, które ja znam zazwyczaj są nieco mniejsze. No i dają sok, a te nawet po rozgnieceniu zostawały stosunkowo suche. Inwestycja trafiona jak wakacje w Bagdadzie. Myślałem, że pierwsze śniadanie na Słowenii zjem sobie nad rzeką, ale pogoda miała inne plany wobec mnie, więc poszedłem szukać tego parkingu skąd miałem odjeżdżać i drugiego hostelu, gdzie miałem się przenieść po tygodniu. Mapa twierdziła, że to dość blisko, ale po czterdziestu minutach oskarżyłem ją o kłamstwo, a żeby było milej zaczęło konkretnie lać. Dotarłem na parking, który okazał się być parkingiem obok centrum handlowego InterSpar, więc miałem gdzie się schować. Mimo wszystko inaczej planowałem spędzać czas w Lublanie. Niektórzy kochają chodzić po centrach handlowych, oglądać bluzeczki, buty, kolorowe badziewie i inne pierdoły ale nie ja (no chyba, że to firmowy sklep Canona). Zdanie na temat miasta znów miałem raczej kiepskie. Kiedy już utknąłem na tamtejszym końcu świata to chciałem coś z tego mieć. Poszedłem do kawiarni, zamówiłem kawę i wyciągnąłem słowniczek, który kupiłem w Krakowie kilka miesięcy wcześniej (pierwsze takie wydanie od lat siedemdziesiątych zeszłego wieku. Ktoś się jeszcze dziwi skąd taka wiedza Polaków na temat Słowenii?) i zacząłem uczyć się podstawowych zwrotów i słówek.
Przestało lać. Już tylko pada. Nie chciałem siedzieć w tym supermarkecie do wieczora, więc wróciłem do centrum i zacząłem rozglądać się za jakąś tańszą knajpką z jedzeniem. Najlepiej coś słoweńskiego, bo o tamtejszej kuchni nie wiedziałem nic. Nada. Znalazłem taką w dzielnicy (sam nie wiem czy to do końca pełnoprawna dzielnica) Krakovo: malutka, przyjemna, stosunkowo tania, ze ślicznymi kelnerkami i genialnym jedzeniem. Kiedy byłem w Lublanie to jadałem głównie tam. Po powrocie wysłałem im nawet kartkę z pozdrowieniami. Odnośnie nazwy dzielnicy to pytałem ludzi ale nikt nie potrafił mi pomóc. W Internecie wyczytałem, że nazwa pochodzi od nazwy jakiejś rośliny, Magda, studentka, którą poznałem tydzień później i która siedzi na Słowenii od roku wyczytała, że to od kruka. W każdym razie z Krakowem raczej nie ma nic wspólnego, niemniej ulice Krakovska i Krakovski Nasip są. Mimo wszystko zżyłem się z tamtym miejscem (sporo knajp) i wieczór spędziłem właśnie tam. Barmanka w pubie, w którym się zaczepiłem miała tak cudne oczy, że się w nich utopiłem i do godziny 22. nie mogłem wyjść. W międzyczasie podsłuchiwałem rozmowy panów po pięćdziesiątce i odkryłem, choć większości z tego co mówili oczywiście nie zrozumiałem, że wszędzie przy piwie lub, i to nawet częściej, winie, rozmawia się o tym samym: polityka i sport (tu; hokej). Po powrocie Matteo oznajmił mi, że wykrył błąd i następnego dnia mam się przenieść do innego pokoju. Nie rozpaczałem. Chciałem szafkę.
I już nazajutrz ją miałem. Nawet działała. Za to lampki już w ogóle mi nie dali. W zasadzie strata żadna, chociaż moje łóżko było na dole i w kącie i czasem brakowało mi dodatkowego światła. Po przenosinach kierownik oznajmił, że będę miał do towarzystwa pięciu Włochów. No w życiu tak się nie cieszyłem. Już nawet zacząłęm rysować plany ucieczki. Nie szło mi najlepiej, więc poszedłem korzystać z normalnej pogody i poszedłem na zamek. Wstęp 3,5euro, studenci: 2euro. ISIC jednak działa, chociaż tylko tu. Można zwiedzać muzea, zamki, jaskinie i wszystkie tego typu rzeczy, ale na zniżkę w pociągach czy autobusach nie ma co liczyć. No chyba, że ma się kartę EURO>26 i to też pod warunkiem, że została wydana na Słowenii.
W cenę tych dwu euro wliczała się dwudziestominutowa wizualizacja i wejście na wieżę (samo wieża chyba darmowa). Do oglądania wizualizacji przystąpiłem z grupą Niemców gdzie średnia wieku wynosiła jakieś 70. Dali nam wszystkim okulary 3D i słuchawki z odpowiednią wersją. Wziąłem angielski, bo w niemieckim mimo wszystko za mocny się nie czuję. Dla jaj nawet spytałem czy nie mają polskiej, no i oczywiście nie mieli, no bo skąd i dla kogo niby. Wizualizacja na kolana mnie nie rzuciła, chociaż nie żałowałem tych dwóch euro. Większości ciekawostek o kraju, mieście i zamku oczywiście już nie pamiętam, ale nie nudziłem się jak przewidywałem. Po wyjściu z pokoju opuściłem swoich Niemców i poszedłem na wieżę. Generalnie jeśli chodzi o wszelkie wieże i oglądanie świata z góry to jak najbardziej i jestem do tego pierwszy. Widok naprawdę przyjemny. Z jednej strony dolina rzeki, z drugiej ośnieżone szczyty Alp, a po środku miasto. Cudo. 
Kiedy już się nacieszyłem Lublaną widzianą z wysokości poszedłem pokręcić się po parku okalającym zamek i popstrykać nieco. Nareszcie miałem do tego słońce. Do swoich ulubionych kelnerek też zawitałem.
Do hostelu wróciłem przed 21. Włosi, w przeciwieństwie do swoich krajanów z Rzymu, okazali się być spokojnymi, normalnymi ludźmi, których przyjazd do Lublany był prezentem urodzinowym dla jednego z nich, Nicoli. Cała piątka pochodziła z jakiejś małej miejscowości (stąd pewnie ta normalność) leżącej niedaleko Wenecji. Jeden nawet posiada własną winnicę, czego dowód przywiózł ze sobą i szczodrze się dzielił. Jak białego wina nie lubię to tamto bardzo mi leżało. Wiadomo; ofiarowane zawsze lepsze. Po 22. chłopaki wyzbierali się na imprezę, nawet zapraszali, ale najgrzeczniej jak mogłem odmówiłem. Poznałem także chłopa z Argentyny, który jak twierdził miał słoweńskie korzenie. Jak się potem dowiedziałem w Ameryce Południowej mieszka sporo osób z bałkańskimi korzeniami, a przyjeżdżają na ogół dzieci osób, które wyemigrowały. Ot ciekawostka. Gdybym został na studiach pewnie dowiedziałbym się o tym więcej, a tak mogę się tylko domyślać. Wiele z nim nie pogadałem, gdyż zniknął tak szybko jak się pojawił, więc wróciłem do swojego piwa, książki i ostatecznie łóżka. Następnego dnia w końcu zamierzałem się ruszyć i zobaczyć coś poza Lublaną. Cel: Maribor.]]></description><pubDate>Wed, 07 May 2008 01:37:35 +0200</pubDate><guid>http://jest-super.ownlog.com/slovenia-on-my-mind-czesc-1,1525050,link.html</guid></item></channel></rss>
