księga
sznurki
powered by
Ownlog.com
& Fotolog.pl

Proust (r.2003)
Blog Directory
o mnie
gg
icq

poczta

krakowski
-----
last.fm
myspace
deviantart
Youtube
Woophy

Ann
Bina
Edith
Juriusz
Marla
Mroo
Wizjomarek

archiwum w PDF
03.04.03 - 27.03.08


2008
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

The might of Rome: parte 5

Zacznę od tego, że kolejny raz dobitnie przekonałem się o tym, że moją zaradność można porównać do sprytu i bystrości taboretu, gdyż po wylądowaniu po północy zamiast pójść na przystanek autobusowy oddalony od terminalu o 50 metrów i sprawdzić rozkład jazdy, bo a nuż widelec, i tam dowiedzieć się, że do najbliższego nocnego zostało jakieś 8 minut ja poszedłem łapać taksówkę, za którą potem zapłaciłem fortunę. Tak czy owak wspomnień z lotniska Balice jak i lotu z Centralwings nie miałem wspaniałych zatem tydzień później na lotnisko nie jechałem w jakimś specjalnie megahipersuper nastroju, zwłaszcza, że tym razem również miałem zaplanowaną przygodę z wyżej wspomnianym przewoźnikiem. Wcześniej ów przewoźnik zdołał się kolejny raz popisać, bo nie powiadomił nas, że lot jest przesunięty z 14:40 na 9:30. Odkryłem to przypadkowo sprawdzając długość trwania lotu na dwa dni przed podróżą. Na szczęście rano nie ma wielu lotów i wszystko poszło sprawnie. Dodatkowym powodem do mojego szczęścia było wygranie przeze mnie miejsca przy oknie, przez które potem wyglądałem jak dziecko na nową zabawkę. Pierwszy raz leciałem za dnia i chciałem się trochę pogapić na świat z większej wysokości niż metr sześciesiątparę.
Ekipa na Rzym była umiarkowanie spora: Maryśka, zakochana we Włoszech i Włochach mimo wszystkich ich wad. Podobno istnieje też fanclub samochodów marki Hyundai, więc przy tym ta jej fanaberia wypada normalnie; Rikzon, nasz człowiek z AGH, który pół wyjazdu żałował, że nie wziął uczelnianej koszulki; Ćwiku, znany głównie z tego, że jest fryzjerem-stylistą i wymalował Kalę na pomarańczowo (z czym nomen omen jest jej bardzo do twarzy), zatem Włochami się raczej zachwycił; Efson, wspomniana tutaj kiedyś jako po prostu Ewa, która również Włochy bardzo, bardzo, a Włochów jeszcze bardziej; no i ja na doczepkę jako koordynator i organizator noclegów, który głównie powtarzał: nie no, znów jestem w Rzymie. Rany. Co ja tu robię? Jak ja się dałem w to wmanewrować? Mało mi wrażeń? Dawno ktoś mnie nie wkurzył? Chcę sprawdzić swoją cierpliwość? A może wytrzymałość? Czy oni muszą tak parkować? Czy oni muszą tak jeździć? Kurwa! Zielone mam bucu! No nie mogę z nimi! Nie, nie chcę tej zabawki! Ja pierdolę, czy oni muszą się tak wydzierać? Buraki!
Sam się pytałem po co więc leciałem, a odpowiedź jest o tyle głupia co prosta: gdybym nie poleciał to po prostu bardzo bym tego żałował, bo taki już jestem, że ciągle gdzieś mnie ciągnie i nosi i celem naprawdę nie musi być jakieś bardzo wyszukane miejsce bym był usatysfakcjonowany.
Kilka dni temu, czyli zaraz po przyjeździe (ze Słowenii, ale o tym potem, dużo potem) zarzekałem się, że nie wsiądę do żadnego samolotu, pociągu ani autobusu przez co najmniej miesiąc, ale już dzień później zacząłem tropić w Internecie okazje i promocje. Już jutro czeka mnie łącznie pięć godzin w autobusie relacji Kraków-Krościenko nad Dunajcem-Kraków.

W Ciampino wylądowaliśmy nieco przed dwunastą. Grupa twierdziła, że mieliśmy dwadzieścia minut opóźnienia, ale ja sam tego nie odczułem, bo w końcu co to jest dwadzieścia minut przy dwóch godzinach? Nic. Tym lotem Centralwings po części zrehabilitowało się w moich oczach, chociaż rozrywek większych nie zapewnili. Z zabawniejszych momentów:
-Tu mówi kapitan, proszę zapiąć pasy, gdyż czekają nas turbulencje.
Kiedy zaczęło trząść Rizkon prawie popluł się ze śmiechu.
-To? To są turbulencje? Panie, przejedź się pan kiedyś busem po Igołomskiej to zobaczysz co to są turbulencje.
(Igołomska to ulica wylotowa z Krakowa na wschód. Nieremontowana od chwili powstania w latach kiedy Nowa Huta była budowana).
Pierwsze co nasza grupa miała do zrobienia to skombinowanie jakiegoś transportu do Rzymu. Wcześniej jeszcze musieliśmy odebrać bagaże i właśnie wtedy, kiedy tak czekaliśmy przy pasie transmisyjnym doszło do mnie dlaczego strajk włoski nazywa się właśnie włoskim. Kiedy mieliśmy to z głowy znaleźliśmy autobus, który zawiózł na za jedyne 6euro od twarzy na dworzec Termini skąd mieliśmy rzut beretem do hostelu. A ten rezerwowałem już w lutym i był to hostel raczej marnej klasy, bo już innych nie było, a kiedy dzień przed wyjazdem przeczytałem najnowsze komentarze zaleciłem wszystkim zabranie z sobą śpiworów, bo nie wiadomo jakie to życie zalęgło się w tamtejszych łóżkach i najbliższej okolicy. A o wyprawie bez klapek to już w ogóle zapomnijcie. Dzielnica bardzo taka sobie, ale za to blisko wszystkiego. Lawirując między uliczkami i szukając tej właściwej (mapę miałem z GoogleEarth, a że czarny tusz skończył się dawno temu, to wiele z niej wyczytać się nie dało) stwierdziliśmy, że bardzo tu egzotycznie i oliwkowo. Nawet Polu bardzo nam potem wyboru miejsca gratulował. W mieście radzę sobie dość dobrze to szybko znalazłem właściwą ulicę, numer, piętro i drzwi, które otworzył mi wielki, jedzący kurczaka curry Hindus, który spytał połamaną jeszcze bardziej od mojej angielszczyzną czego sobie życzę. Powiedziałem, że mam rezerwację na pięć osób i choć obecnie jestem sam, to te cztery gdzieś tam na dole są i będą szczęśliwe mogąc w końcu położyć gdzieś tu swoje bety. Pan mówi, że fajnie, ale nie tutaj, bo tutaj nie działa łazienka i generalnie w ogóle nie mamy tu czego szukać, ale z naszą rezerwacją jest wsio w pariadke i dał nam wskazówki jak dojść do drugiego hostelu. Pomyślałem, że może to i lepiej, bo opinie o hostelu były bardzo średnie (na hostelworld 69% na 100%, czyli wg. tamtejszej skali średni średniak) a i w rzeczywistości nie wyglądało to kolorowo w przeciwieństwie do ścian, które zdobiły jakieś paćki, napisy, fiuty i inne arcydzieła wyjęte spod markera. Z natury jestem realistą z zakrzywieniem w stronę optymizmu, więc przyjąłem, że gorzej nie będzie. Zebraliśmy bety i zjechaliśmy windą. Popatrzyłem na mapkę i już wiedziałem gdzie iść. Dwie ulice to przecież nie tak daleko. Brniemy chwilę przez nasze Hindu-kitajcowo, zachwycamy się nad sposobem parkowania Włochów, zauważamy, że Włosi również segregują śmieci (głównie dlatego, bo dzwony ustawili na przejściu dla pieszych) i już jesteśmy w drugim hostelu. Tutaj też przyjął nas opalony pan i przedstawił z grubsza co i jak. Kiedy spisywał nasze dane (wpisywał tylko imiona i z większością poszło mu dobrze, choć najwidoczniej imię Ewa było mu obce, bo wpisał efsonowe nazwisko. Z Jarosławem też wyszły jakieś cuda) ja zacząłem się rozglądać po hostelu i wstępnie uznałem, że dobrze wyszliśmy na tej zamianie. Rozgościć się nie mogliśmy, więc zostawiliśmy bagaże w korytarzu i poszli zwiedzać okolicę. Najpierw trafiliśmy do jakiegoś parku, gdzie jedyną atrakcją (poza palmami. Palmy zawsze będą dla mnie atrakcją, no może poza tą na rondzie de Gaulle'a w Warszawie) było wysokie prawdopodobieństwo dostania wpierdol, więc więcej już tam nie wchodziliśmy. Większość dnia szlajaliśmy się po mieście szukając jakiegoś taniego jedzenia, co nam się prawie udało, bo choć było tanie to nie było to jedzenie. To znaczy było, ale jak na włoskie standardy to trudno było to nazwać jedzeniem. Dotarliśmy także pod Koloseum i Forum Romanum, ale zrezygnowaliśmy z wejścia do środka, zwłaszcza, że ja i Maryśka już się przekonaliśmy, że tak naprawdę nie ma po co, a poza tym reszta grupy też nie była zainteresowana. Patrząc na to wszystko po raz kolejny, miałem okazję odkryć te budowle z innej strony niż za pierwszym razem. Wtedy odebrałem je jako przereklamowaną kupę gruzów. W zasadzie dalej tak jest, niemniej zacząłem myśleć nie o samych budowlach lub ich pozostałościach lecz o ich historii i o ludziach krórzy je stworzyli. Ilu ich tutaj zginęło, ilu zostało rannych, ilu połamało sobie kręgosłupy wciągając wielkie marmurowe głazy na górę lub stawiając kolumny do pionu. Z tego zamyślenia wyrwała mnie Maryśka, bo zbliżała się godzina spotkania z Polem na Piazza Navona, który obiecał nam zdobycie części miasta. Na tym gruncie wielkich sukcesów nie odnieśliśmy, ale irishpub przez chwilę był nasz.
Zmęczeni lotem, spacerami, alkoholem, deszczem i jeszcze raz spacerami dotarliśmy do swoich łóżek. Pięć piętrowych łóżek na mniej więcej piętnastu metrach kwadratowych... Bardziej upchać już ich się nie dało. Na dodatek wszystkie zajęte... niech mi tylko ktoś spróbuje zamknąć okno w nocy. Nasza grupa szybko się rozlokowała, wzięła prysznic i poszła spać, z czego ja wygrałem łóżko z Chińczykiem, który był tak uprzejmy, że nie zawracał sobie głowy staraniem zachowania względnej ciszy podczas nocnego wychodzenia z pokoju.
Sen miałem strasznie kiepski, ale jakoś dotrwałem do poranka. Wstaliśmy przed ósmą, bo mieliśmy iść do ogrodów papieskich w związku z czym trzeba było dość wcześnie znaleźć się na miejscu. Potem papa wychodzi się poszlajać i wtedy ma nie być nikogo. Taki nowy zwyczaj. Poprzedni papa wolał towarzystwo ludzi od papug. W cenie noclegu mieliśmy też śniadanie, które polegało na tostach, dżemie, płatkach i mleku, a w zasadzie czymś co je imitowało, bo moim zdaniem tę ciecz z mlekiem łączył jedynie kolor. Więcej już po nią nie sięgałem i zadowoliłem się sokiem. Przy okazji dowiedziałem się, że nie ma co panikować kiedy na opakowaniu płatków śniadaniowych znajdzie się wyraz colazione, bo tak Włosi mówią na śniadanie. Skoro Czesi na maj mogą mówić květen, to Włosi na śniadanie colazione. I wszystko gra.
Tym razem Polu już się nie wygłupiał i nie zabrał ze sobą swojego umundurowania klasztornego. Zresztą nie było mu to potrzebne, bo wycieczek w ogrodach w ten dzień było dość sporo, tak więc już nie rzucaliśmy się tak w oczy. Nawet byłem zaskoczony, że tylu ludzi jest do ogrodów wpuszczanych. Cóż, nie byliśmy wybrańcami. Kolejną atrakcją była najsłynniejsza dziurka Rzymu, czyli drzwi z wizjerem, przez który widać Watykan. Ładne, symetryczne, na kolanach nie byłem. Tylko widok z Parco Savello (chyba to było to miejsce) mi się podobał, bo przypominał mi widok z zamku wyszehradzkiego. Spacer wzdłuż Tybru, też należał do przyjemniejszych, chociaż kiedy pod mostem mijaliśmy skupiska emigrantów to odzywały się we mnie uprzedzenia. Niestety nic na to nie mogłem poradzić.
Resztę dnia spędzaliśmy jako zwykli turyści i najprawdopodobniej nie wydarzyło się nic ciekawego wartego odnotowania, bo ani nic nie pamiętam ani też nic nie zapisałem w kalendarzu. Chwilę siedzieliśmy na schodach hiszpańskich i czytaliśmy Owidiusza, w międzyczasie ja bawiłem się w zgadywanie narodowości mijających nas osób, najpierw na głos, a potem już w myślach i ku zaskoczeniu samego siebie często udawało mi się trafić. Całość psuli Marokini i Hindusi wciskający turystom, w tym także wielokrotnie nam, swoje zabawki, torebki, róże i całe pozostałe chujstwo, które akurat mieli przy sobie. Z jednej strony strasznie mnie irytowali, ale z drugiej strony odzywał się we mnie człowiek i było mi ich trochę żal, bo w swoich ojczyznach szukać czego za bardzo nie mają, no a we Włoszech czy w ogóle w Europie na lepszą pracę liczyć nie mogą, więc tak ciułają na tych zabawkach i czasem udaje im się coś sprzedać. To czasem powinno się wziąć w cudzysłów, bo z własnych późniejszych obserwacji wywnioskowałem, że udaje im się to znacznie częściej niż tylko czasem. Przy okazji wyszedł kolejny plus podróżowania do Wiecznego Miasta w grudniu - wtedy ich nie było, a przynajmniej nie aż tylu.
Wieczorem znów widzimy się z Polem, który zabiera nas do arabskiej knajpy gdzie z Maryśką jedliśmy już w grudniu. Polu jeszcze przypomniał, że oni tam nie wiedzą czym się zajmuję, więc mnie nie sprzedajcie przypadkiem, ok? Przy okazji poznajemy też Mirka (również habitowy), który na co dzień bazuje w Jerozolimie, ale obecnie jest na zesłaniu w Rzymie co by się włoskiego poduczył co ślicznie nauczył się pozorować. Fajny chłop i większość wieczoru przegadałem właśnie z nim. Trochę ze względu na zainteresowania, trochę na miejsce przy stole. Kiedy już mieliśmy dość jedzenia i picia (rany, takie dobre alkohole tam podawali, a ja akurat nie byłem na siłach by się nimi delektować) poszliśmy ostatecznie zdobyć miasto. Wybór ponownie padł na schody hiszpańskie i jakieś wino, które Polu hojnie nam zakupił (to i obiad i w ogóle musimy mu chyba jakiś pomnik wystawić). Wcześniej kilkakrotnie udało nam się zgubić. Przezornie wziąłem ze sobą korkociąg, ale najwidoczniej całą przezorność już wykorzystałem, bo zostawiłem go w hostelu, więc Rikzon, jako nasz człowiek z uczelni technicznej, otworzył wino za pomocą sztuczki, którą znam jeszcze z okresu, kiedy nad Wisłą spędzałem więcej czasu niż w domu, a polegającej na użyciu tak skomplikowanego narzędzia jakim jest długopis. I pewnie dzięki temu zostałby bohaterem dnia lecz gwiazdą została Efson, która zbiegając po schodach mimowolnie postanowiła przyspieszyć obrót spraw i poleciała lotem jednostajnie przyśpieszonym w dół. Z góry wyglądało to nieziemsko: jedna baletka w lewo, druga w prawo, a Efson na swoich ślicznych pośladkach po środku. Ludzie siedzący obok już rwali się do pomocy, bo przecież mogło się coś stać, ale kiedy zobaczyli śmiejących się, pokazujących palcami i śpiewających sto lat nas, uznali, że chyba nie trzeba. I na szczęście Ewa wyszła ze starcia z jedną największych atrakcji turystycznych Rzymu bez większych szkód własnych.
Do hostelu dotarliśmy przed drugą. Po wejściu do pokoju i chwilowej konsternacji stwierdziłem, że Chińczyk nade mną bardzo wyładniał i zaczął nosić koronkową bluzeczkę na ramiączkach. Po chwilowych rozmyślaniach ze smutkiem uświadomiłem sobie, czym zresztą nie ma co się chwalić, że dużo wody upłynęło w Tybrze kiedy nad sobą miałem tak śliczną dziewczynę. Nawet jeśli dzielił nas metr. Z takimi bzdurami w głowie poszedłem spać. Następnego dnia po krótkich oględzinach zawieszki na jej torbie wydedukowałem, że razem z koleżanką przyleciała z Kanady.
Poranek: wstała Maryśka, Rikzon, Ćwiku i ja, choć z żołądkiem do przebudowy. Efson również wstaje ale w tak podłej kondycji, że na własne życzenie zostawiamy ją w hostelu dopóki jej nie wywalą (między 11-16 hostel zamknięty, w zasadzie jedyny duży minus tego miejsca, mniejszych minusów było nieco więcej). Kiedy doszliśmy do Piazza Navona zaczęliśmy z Rikzonem agitować na rzecz pójścia na kawę, bo skoro już jesteśmy we Włoszech i w ogóle to można by walnąć sobie mają czarną albo dwie. W grudniu to jakoś nie wyszło. Weszliśmy to jednego z przybytków, usiedliśmy i zamówiliśmy co chcieliśmy. Pani przyniosła razem z rachunkiem, jak się okazało potem złym, ale szybko się poprawiła i dała dobry. W zasadzie to szkoda, bo wychodziło nas to drożej. Swoją drogą doliczanie sobie 40centów do ceny każdej pojedynczej kawy tylko za samo jej przyniesienie do stolika nazywa się już wymuszeniem, a nie napiwkiem. Posiedzieliśmy chwilę i wyszliśmy spotkać się z Efsonem, która jakoś do nas dotarła. Kiedy tak wszyscy się odnaleźliśmy postanowiliśmy się rozdzielić i poznawać Rzym na własną rękę; Maryśka z Polem (który dotarł pod Panteonem) pojechali na Zatybrze, Efson z Ćwikiem poszli na zakupy (naprawdę nie wiem co mnie powstrzymało, że nie poszedłem z nimi, no naprawdę nie wiem), Rikzon do Watykanu, a ja porobić zdjęcia, przycupnąć gdzieś, poczytać książkę, zjeść jakąś bułę, walnąć browarka i na inne tego typu rozrywki. Ostatecznie przycupnąłem niedaleko ulicy Mickiewicza, o której istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Okolica nie wyglądała przyjaźnie, bo okazała się skupiskiem tamtejszej dresiarni i miejscem lansowania się rzymskich nastolatków (dominowała moda na emo), więc zebrałem się i poszedłem na dół na Piazza del Poppolo, którego jakimś cudem nie widziałem będąc w Rzymie ostatnim razem. Byłem tylko w okolicy gdzie trafiłem z Maryśką na genialną, typowo włoską, rodzinną knajpkę z długą tradycją, gdzie wszyscy wszystkich znają. Takie Włochy lubię.
O 20:30 zeszliśmy się wszyscy na Via Merulana i stamtąd poszliśmy do knajpy kilkanaście metrów dalej. Wszyscy padaliśmy na blade twarze, więc długo tam nie posiedzieliśmy, a ja sam miałem żołądek w drzazgach to specjalnie nie udzielałem się towarzysko i nawet mecz w TV specjalnie mnie nie interesował. Po obserwacji twarzy tych, których rozgrywki ciekawiły wiedziałem komu mam kibicować (tym co przegrali).
Poniedziałek. O 17:10 mamy lot, więc nie ma co się przesadnie śpieszyć. Do jedenastej i tak nas nie wyrzucą, ale pasowałoby jeszcze coś zobaczyć w tym Rzymie skoro już jesteśmy. Spakowaliśmy się szybko i poszliśmy się wymeldować u Vlada, Ukraińca z Lwowa. Bagaży oczywiście zostawić nie mogliśmy, bo podobno nie było gdzie (ale jak w piątek leżały cały dzień w kącie to było w porządku i nikomu nie zawadzały). Powlekliśmy się więc z nimi na Termini. W najgorszych myślach rysował mi się koszt 2,50euro za szafkę... ale gdzie tam. Kolejny raz zapomniałem, że jestem we Włoszech. Na Termini w ogóle nie ma szafek tylko zwykła składnica bagaży. Na pytanie ile nas to wyniesie pan odpowiedział 3,80euro od sztuki. Ile kurwa? Nie za długo w tej piwnicy pan siedzisz?. Zrobiliśmy ściepę i wyszło po 3euro na osobę, bo bagaży było w sumie sztuk cztery. Z dwojga złego lepiej dać już te trzy euro niż pół dnia targać ze sobą dziesięć kilo na plecach, zwłaszcza, że Efsonowi zamarzył się park muzyki, który jest trochę poza mapą. Rikzon zdecydował się podbić muzea watykańskie i pośpiesznie nas opuścił, a mnie, choć specjalnie nie chciało się iść do tego parku, w zasadzie było wszystko jedno i zdecydowałem powlec się za grupą, bo znów oglądać centrum też nie chciałem. W końcu taki park to przynajmniej coś nowego. Idąc tam nieco się pogubiliśmy, dotarliśmy do ulicy Piłsudskiego (taką też mają?), wleźliśmy na jakiś wiadukt, z którego musieliśmy się wracać, bo on chyba prowadził do autostrady, a nie do żadnego parku, ale w rezultacie udało nam się znaleźć to czego szukaliśmy. Ja z radości usiadłem na schodkach w cieniu i postanowiłem tam zostać dopóki grupa nie nacieszy się znaleziskiem, bo tak w głębi duszy chciałem już znaleźć się w samolocie i to najlepiej lądującym już w Krakowie.
O 13 wróciliśmy na Termini gdzie dotarł do nas Polu i Rikzon i wspólnie poszliśmy na obiad do Autogrilla. Lazania za 3,80 nawet zjadliwa, tylko przy prędkości tamtejszych kasjerek kiedy w końcu osiągnie się jakiś wolny stolik wszystko co na talerzu jest już od dawna zimne. Swoją drogą ja zawsze mam takie szczęście, że trafiam do kolejki gdzie albo kasjerka jest nowa i niedoświadczona (jak w tym konkretnym przypadku), albo kasa nie działa, albo terminal do kart się spieprzył, albo jakaś staruszka nie radzi sobie z liczeniem drobnych i proponuję wszystkim wokół zabawę w dodawanie, albo jeszcze coś innego. Taka przestroga dla wszystkich: jeśli jesteście ze mną w sklepie, supermarkecie, gdziekolwiek gdzie trzeba stać w kolejce, to nie stawajcie tam gdzie ja, nawet jeśli przede mną jest tylko jedna osoba, a do kasy obok stoi osób dziesięć, bo i tak ta dziesiąta osoba z kasy obok zostanie szybciej obsłużona niż ja. Nie wiem na czym to polega, ale zdaża mi się to tak często, że to nie może być przypadek.
Polu chciał się z nami osobiście i czule pożegnać, bo jak sam powiedział ja też czasem potrzebuję spotkać się tu z kimś normalnym i przy okazji pokazać jak na lotnisko dojechać za 2,20euro a nie za 6 i przy okazji dopilnować, by nas nie wychujali.
Lotnisko, odprawa, bagaże, pożegnania, bramka, poczekalnia, mrożona herbata San Benedetto w jakiejś pojebanej cenie (San Benedetto warte jest każdej) i jesteśmy w samolocie. Wygraliśmy miejsca przy wyjściach awaryjnych czego nie mieliśmy okazji docenić, gdyż koszt komfortu posiadania dodatkowych centymetrów był nazbyt wysoki: siedzieliśmy w samym środku włoskiej wycieczki. Już w autobusie dowożącym nas do samolotu modliłem się z całych sił do wszystkich bóstw jakie tylko przyszły mi na myśl, żeby oni przy nas nie siedzieli, a najlepiej, by w ogóle nie wsiadali. Przy wychodzeniu za nimi z autobusu prawie się zabiłem poślizgnąwszy się na słomie. Kolejny raz przekonałem się, że wszystkie modlitwy to pic na wodę i fotomontaż.
Jakoś ich przeżyliśmy, chociaż za bardzo nie wiedziałem jak reagować kiedy podczas startu (tak, startu też), lądowania i zatrzymania się cały samolot wiwatował i bił brawo. I to nie było zwykłe klaskanie lecz prawdziwe wiwaty z gwizdami i okrzykami włącznie. Trochę jak na stadionie. Nawet Maryśka, która lata stosunkowo często pierwszy raz w życiu coś takiego widziała. Kiedy czekaliśmy na bagaże zastanawialiśmy się Rikzonem czy kiedy taśma ruszy to też zaczną wiwatować... no i tu nas rozczarowali. Abstrahując od krzykliwych Włochów (Maryśka twierdzi, że to temperament, ja że słoma w butach) cała podróż przebiegła bez problemów i naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Centralwings odkupiło swoje winy i dalej życzę im wszystkiego najlepszego, bo jednak głupio jest życzyć komuś upadłości kiedy jako jedyny organizuje przeloty na danej trasie. Mam tylko nadzieję, że po prywatyzacji LOTu zaryzykują i kupią trochę nowsze samoloty, nawet poleasingowe, bo statystycznie Centralwings na tle pozostałych tanich linii lotniczych wypada tragicznie. Średni wiek samolotu to ponad dziesięć lat kiedy w samolotach SkyEurope czy EasyJet czuć jeszcze zapach fabryki.
Po wylądowaniu nie zastanawialiśmy się nad tym, bo w głowach mieliśmy tylko pytanie jak dostać się teraz do domu. Szczęśliwie udało nam się złapać kolejkę do miasta, za którą zapłaciliśmy 3,78 od osoby. W PKP ktoś chyba poszedł po rozum do głowy i ostatecznie uznał, że wyłudzanie od pasażerów dodatkowych 6zł za kupienie biletu u konduktora nie jest najlepszą reklamą miasta i praktyka ta została zarzucona. Sam święty też nie jestem, bo zamiast 3,78 powinienem zapłacić całe 6zł, ale z drugiej strony nie planuję przecież zostać beatyfikowanym. Niegłupim ruchem byłoby zamontowanie jakiegoś automatu biletowego na lotnisku lub przystanku kolejki.

Do kolejnego wyjazdu zostały mi dwa dni. Na początku trochę żałowałem, że nie połączyłem obu wypraw w jedną przy okazji zahaczając o Wenecję lub/i Weronę (i - muszę to zaznaczyć, bo inaczej przestałbym być sobą - oszczędzając nieco), ale kiedy później wyszły dodatkowe okoliczności, dla których musiałem być w Krakowie, to nawet się cieszyłem, że podarowałem sobie te kilkadziesiąt godzin. Konkretnie pięćdziesiąt, bo po takim czasie od wylądowania ruszyłem w kierunku Słowenii, kraju, o którym naczytałem się tak dużo, że w końcu musiałem go odwiedzić, zwłaszcza, że podjęta rok wcześniej w jego kierunku wyprawa nie doszła do skutku.
Wcześniej jednak znów czekał na mnie Wiedeń.

02.05.2008

Komentuj (2)


Slovenia on my mind. Część 1.

Słowenia to bardzo mały kraj. Obszarowo jest nieco większy od województwa małopolskiego, natomiast pod względem liczby ludności tylko trochę przewyższa Warszawę, i mimo tego, że to tak mały kraj, chciałem tam spędzić ponad dziesięć dni.
By się tam dostać w miarę tanio trzeba się trochę natrudzić, bo niby kraj europejski, niby blisko, a bezpośrednich połączeń prawie nie ma. Są jakieś loty na trasie Warszawa-Ljubljana, ale w bezsensowych cenach. Druga opcja to autobus, który kursuje na trasie Polska-Włochy raz na tydzień w cenie dość znośnej jak na autobus. Przy podróży tam i z powrotem mieli nawet urocze rabaty, ale godzina przyjazdu do Lublany (23:40 według rozkładu, czyli koło 0:30 w rzeczywistości) przesądziła, że podróż tam zorganizowałem sobie w inny sposób.
I właśnie dlatego, że nie lubię zjawiać się w obcych miastach o bezsensownych porach w Wiedniu znalazłem sie o 4:40. Z dwojga złego lepiej być gdzieś nad ranem niż późnym wieczorem. Dzień wcześniej odkryłem, że autobus nie przyjeżdża już na Südbahnhof jak to zwykł robić dotychczas tylko na nowy dworzec autobusowy przy drodze na koniec świata i w porę zrobiłem jakąś mini-mapę gdzie zaznaczyłem jak dojść na dworzec kolejowy. Chciałem jeszcze spytać kierowcę czy zna jakieś kursy na Turcję, ale z tego wszystkiego wyleciało mi to z głowy. W końcu pora była raczej ciężka. I znów tak jak poprzednio nie mogłem polegać na położeniu Słońca więc zostało mi odgadywać swoje położenie na swojej mini-mapie. Wychodziło dość prosto: w lewo, w lewo, prosto, prosto, prosto, prosto, prosto, w prawo, prosto... Od piątej co prawda jeździł tramwaj, z którego pomocą mógłbym szybciej dotrzeć na Südbahnhof , niemniej zrezygnowałem z tego pomysłu, bo specjalnie mi się przecież nie spieszyło, a nocny spacer po Wiedniu to dodatkowa atrakcja. Pociąg do Lublany (będę używał głównie nazwy polskiej, zresztą dla pewnej części Słoweńców oba j są zbędne) miałem o 7:57, a tu jeszcze nawet piątej nie było. Swoją drogą w Wiedniu tramwaje jednej linii po piątej rano jeżdżą co siedem minut... w Krakowie nawet w szczycie tak nie ma (choć tramwaje są po części właśnie z Wiednia). Mniej więcej 45 minut po opuszczeniu autobusu znalazłem się na wiedeńskim dworcu południowym i od razu doznałem déjà vu, bo przecież prawie równo rok temu ja tam byłem o podobnej porze. Chyba rzeczywiście jestem nienormalny. Zjawianie się w europejskich stolicach o dziwnych porach stanie się chyba moim nowym hobby.
Mimo wszystko do pociągu zostawały mi jakieś dwie i pół godziny. Czasu więcej niż bym chciał ale ponoć inteligentni ludzie się nie nudzą, więc wziąłem się za książkę. Tym razem padło na Podróże z Herodotem Kapuścińskiego, także na czasie. Może i się nie nudziłem, ale kiedy przyszło co do czego moja inteligencja została wystawiona na ciężką próbę, bo pani w okienku powiedziała bym kupił sobie bilet do granicy w automacie biletowym i nie zawracał jej głowy. Z pomocą przyszła mi inna pani, która była tam właśnie od niesienia pomocy takim niemotom jak ja i dzięki niej udało mi się kupić bilet do Spielfeld. To, że to miało być właśnie Spielfeld dowiedziałem się właśnie od ww. pani, która swoją drogą operowała najpiękniejszym głosem jaki w życiu słyszałem (przynajmniej od kobiety pracującej na dworcu kolejowym o szóstej rano). Czysty, śliczny, dźwięczny... Moim zdaniem, uchem w zasadzie, niemiecki nigdy nie należał do najładniej brzmiących języków, ale jej mógłbym słuchać całe dnie i gdybym mógł nagrałbym ją sobie na mp3playera jak zapowiada pociągi i słuchał przez resztę wyjazdu. Komenda zwiąż mnie i mów po niemiecku zupełnie straciła dla mnie swoją wymowę i sens.
Jedną z prawd na temat Südbahnhof jest to, że nie jest lotniskiem (nie wiem czy mają terminal), ergo mając w ręce bilet dalej miałem swoje dodatkowe dziesięć kilo na plecach. Poczołgałem się do krzesełek, gdzie rok wcześniej prowadziłem jakże kszałcące rozmowy z menelami o Wałęsie i wróciłem do swojego Herodota. W międzyczasie przyplątał się jakiś Rosjanin z dzieckiem i próbował się ze mną dogadać za pomocą słowniczka rosyjsko-niemieckiego i jakimś cudem w większości wiedziałem w czym rzecz. Poza tym dworzec nie zaoferował mi więcej atrakcji i w takiej monotonii i bezruchu czekałem na swój pociąg.
Podstawiono go dobre 40-50 minut przed odjazdem, więc zmieniłem swoje twarde, metalowe krzesełko na wygodny fotel słoweńskiego wagonu. W słoweńskim jeszcze przecież nie byłem to korzystałem. Wiele ten temat nie da się powiedzieć, no może poza tym, że klimatyzacji nie było natomiast okna zrobili tylko uchylne. Z jednej strony fajnie, bo żaden kretyn nie wpadnie na pomysł otwarcia okna w przedziale na ile tylko można kiedy lokomotywa wyciąga ile fabryka dała, ale z drugiej magia podróżowania nieco przygasła. Pod tym względem wagony z klimą to już w ogóle rozpacz. Do tego dochodzą nowoczesne podwozia, cichutkie koła, równe tory, nic nie buja, nic nie stuka. Bez sensu.
Podróż na trasie Wien - Ljubljana zabrała mi z życiorysu sześć godzin, które wykorzystałem głównie na odespanie nocy. Czasem tylko ktoś chciał mnie zająć rozmową (angielski przeważnie odpada, za to znajomość niemieckiego jest w cenie), ale takich osób na szczęście wiele nie było. W Mariborze musiałem na chwilę przerwać swoje zajęcie i zrobić krótką przebieżkę do kas, by kupić bilet do Lublany, a nie tylko ja miałem taki pomysł. Za to trasę Spielfeld-Maribor pokonałem nie płacąc ani centa.
O 14:08, prawie zgodnie z rozkładem (14:10) dotarłem do stolicy Słowenii, miasta, którego zdobycie nie dane mi było rok wcześniej. Z definicji wjeżdżając do miasta powinienem był słuchać Laibacha zamiast Hocico ale mój mp3player ma taki śmieszny defekt, że dźwięk idzie na obie słuchawki tylko przy odpowiednim go ułożeniu, więc nie chciałem nic przy nim manipulować, bo pewnie nie miałbym ani Hocico, ani Laibacha ani nic innego. Dworzec w Lublanie wrażenia nie robi ale ponoć Węgrzy mają im tam coś budować w przyszłym roku, więc można się spodziewać jakichś większych rewelacji. Dworzec autobusowy natomiast przypomina ten z Krakowa podczas budowy obecnego oraz Galerii Krakowskiej - parking przed PKP. Pod tym względem nie mają czym się pochwalić i na dzień dzisiejszy cudów zdecydowanie brak. Na kontemplacje okołodworcowe miałem jeszcze całe dziesięć dni, więc zamiast tego skupiłem się na swoim głównym celu, czyli dotarciu do hostelu. Do zlokalizowania miałem ulicę o dźwięcznej nazwie Petkovškovo nabrežje. GoogleEarth już mi ją wcześniej znalazło, ale niestety nie było dość cwane i z numerem sobie nie poradziło co w rezultacie zaowocowało pójściem dość mocno okrężną drogą.
Jestem! Znalazłem! Hurra! Jak tu ładnie! W końcu pozbędę się plecaka! W hostelu powitał mnie Matteo, chyba nie szef ale prawdopodobnie kierownik tego przybytku. Spisał moje dane, wziął kasę, dał klucz, oprowadził po włościach i zalecił, że jak czegoś będę chciał to mam krzyczeć. Pokój dostałem niewielki, poddaszowy, trzyoknowy, czterołóżkowy. Według mojej rezerwacji miał być sześcio, ale w kilku hostelach już byłem i wiedziałem, że czasem liczba łóżek w pokoju bywa płynna i zmienia się w zależności od potrzeb, więc nie panikowałem. Jako wieczny szczęściarz wygrałem jedyne łóżko, przy którym szafka na kluczyk była zepsuta oraz gdzie lampka nie działała. Byłem na to zbyt zmęczony, by się tym przejmować, ale w sprawie szafki interweniowałem. Tak naprawdę w plecaku nie miałem nic bardzo precious, ale jakoś wolałem być spokojniejszy. Miała zostać naprawiona do godziny szesnastej dnia bieżącego, ale coś czuję, że do teraz stoi tak jak stała. Pozostałą cześć dnia spędziłem na szukaniu obiadu, sklepu (Spar był dokładnie na przeciwko, a to szczęście burzyła tylko Lublanica przepływająca pomiędzy), fajnej knajpy i ogólnym poznawaniu miasta. Pierwszą i niestety smutną obserwacją, były popisane ściany. Po kilku dniach stwierdziłem, że tam naprawdę mają problem z ludźmi, którzy umiejętność pisania muszą specjalnie zamanifestować. Na dodatek nie za pięknym pismem. Nie, żeby polskie miasta były wolne od tego problemu, bo to w ogóle abstrakcja, niemniej w Lublanie bardziej to widać. Z dwojga złego w sumie nie wiem co gorsze: nawoływanie do manifestacji na każdym słupie, murze, kamienicy, czy ciągłe Wisła kurwa czy Cracovia chuje co drugi blok. Mimo wszystko u nas w ścisłym centrum aż tak wielu napisów i bazgrołów nie ma (albo ja do nich przywykłem i ich już nie zauważam), chociaż dwa dni temu ciśnienie krwi mi się podniosło, bo ktoś zamiast kulturalnie wywiesić plakat z informacją o imprezie w Krzysztoforach postanowił to namalować na kamienicy w samym centrum. Szablon może i ładny, ale podejrzewam, że tylko nad nim się twórca zastanawiał.
Po dwóch piwach w knajpie odbiór miasta miałem już znacznie lepszy. Po powrocie wieczorem do hostelu poznałem trzech Szwajcarów o imionach Philipp, Chris i chyba Olaf, z którymi dzieliłem pokój i niestety z nimi musiałem rozmawiać po angielsku, bo ich niemiecki bardzo różnił się od tego, który ja znam. Myślę, że nawet z Niemcami by się nie dogadali.
Drugi dzień chciałem zaczął od praktycznego poznania miasta. W sensie chciałem zobaczyć skąd będę odjeżdżał w przyszłą niedzielę. Wcześniej musiałem skombinować sobie jakieś śniadanie i zrobiłem to na placu z owocami niedaleko hostelu. Kupiłem truskawki, które truskawkami były tylko z wyglądu i to też nie do końca, bo te, które ja znam zazwyczaj są nieco mniejsze. No i dają sok, a te nawet po rozgnieceniu zostawały stosunkowo suche. Inwestycja trafiona jak wakacje w Bagdadzie. Myślałem, że pierwsze śniadanie na Słowenii zjem sobie nad rzeką, ale pogoda miała inne plany wobec mnie, więc poszedłem szukać tego parkingu skąd miałem odjeżdżać i drugiego hostelu, gdzie miałem się przenieść po tygodniu. Mapa twierdziła, że to dość blisko, ale po czterdziestu minutach oskarżyłem ją o kłamstwo, a żeby było milej zaczęło konkretnie lać. Dotarłem na parking, który okazał się być parkingiem obok centrum handlowego InterSpar, więc miałem gdzie się schować. Mimo wszystko inaczej planowałem spędzać czas w Lublanie. Niektórzy kochają chodzić po centrach handlowych, oglądać bluzeczki, buty, kolorowe badziewie i inne pierdoły ale nie ja (no chyba, że to firmowy sklep Canona). Zdanie na temat miasta znów miałem raczej kiepskie. Kiedy już utknąłem na tamtejszym końcu świata to chciałem coś z tego mieć. Poszedłem do kawiarni, zamówiłem kawę i wyciągnąłem słowniczek, który kupiłem w Krakowie kilka miesięcy wcześniej (pierwsze takie wydanie od lat siedemdziesiątych zeszłego wieku. Ktoś się jeszcze dziwi skąd taka wiedza Polaków na temat Słowenii?) i zacząłem uczyć się podstawowych zwrotów i słówek.
Przestało lać. Już tylko pada. Nie chciałem siedzieć w tym supermarkecie do wieczora, więc wróciłem do centrum i zacząłem rozglądać się za jakąś tańszą knajpką z jedzeniem. Najlepiej coś słoweńskiego, bo o tamtejszej kuchni nie wiedziałem nic. Nada. Znalazłem taką w dzielnicy (sam nie wiem czy to do końca pełnoprawna dzielnica) Krakovo: malutka, przyjemna, stosunkowo tania, ze ślicznymi kelnerkami i genialnym jedzeniem. Kiedy byłem w Lublanie to jadałem głównie tam. Po powrocie wysłałem im nawet kartkę z pozdrowieniami. Odnośnie nazwy dzielnicy to pytałem ludzi ale nikt nie potrafił mi pomóc. W Internecie wyczytałem, że nazwa pochodzi od nazwy jakiejś rośliny, Magda, studentka, którą poznałem tydzień później i która siedzi na Słowenii od roku wyczytała, że to od kruka. W każdym razie z Krakowem raczej nie ma nic wspólnego, niemniej ulice Krakovska i Krakovski Nasip są. Mimo wszystko zżyłem się z tamtym miejscem (sporo knajp) i wieczór spędziłem właśnie tam. Barmanka w pubie, w którym się zaczepiłem miała tak cudne oczy, że się w nich utopiłem i do godziny 22. nie mogłem wyjść. W międzyczasie podsłuchiwałem rozmowy panów po pięćdziesiątce i odkryłem, choć większości z tego co mówili oczywiście nie zrozumiałem, że wszędzie przy piwie lub, i to nawet częściej, winie, rozmawia się o tym samym: polityka i sport (tu; hokej). Po powrocie Matteo oznajmił mi, że wykrył błąd i następnego dnia mam się przenieść do innego pokoju. Nie rozpaczałem. Chciałem szafkę.
I już nazajutrz ją miałem. Nawet działała. Za to lampki już w ogóle mi nie dali. W zasadzie strata żadna, chociaż moje łóżko było na dole i w kącie i czasem brakowało mi dodatkowego światła. Po przenosinach kierownik oznajmił, że będę miał do towarzystwa pięciu Włochów. No w życiu tak się nie cieszyłem. Już nawet zacząłęm rysować plany ucieczki. Nie szło mi najlepiej, więc poszedłem korzystać z normalnej pogody i poszedłem na zamek. Wstęp 3,5euro, studenci: 2euro. ISIC jednak działa, chociaż tylko tu. Można zwiedzać muzea, zamki, jaskinie i wszystkie tego typu rzeczy, ale na zniżkę w pociągach czy autobusach nie ma co liczyć. No chyba, że ma się kartę EURO>26 i to też pod warunkiem, że została wydana na Słowenii.
W cenę tych dwu euro wliczała się dwudziestominutowa wizualizacja i wejście na wieżę (samo wieża chyba darmowa). Do oglądania wizualizacji przystąpiłem z grupą Niemców gdzie średnia wieku wynosiła jakieś 70. Dali nam wszystkim okulary 3D i słuchawki z odpowiednią wersją. Wziąłem angielski, bo w niemieckim mimo wszystko za mocny się nie czuję. Dla jaj nawet spytałem czy nie mają polskiej, no i oczywiście nie mieli, no bo skąd i dla kogo niby. Wizualizacja na kolana mnie nie rzuciła, chociaż nie żałowałem tych dwóch euro. Większości ciekawostek o kraju, mieście i zamku oczywiście już nie pamiętam, ale nie nudziłem się jak przewidywałem. Po wyjściu z pokoju opuściłem swoich Niemców i poszedłem na wieżę. Generalnie jeśli chodzi o wszelkie wieże i oglądanie świata z góry to jak najbardziej i jestem do tego pierwszy. Widok naprawdę przyjemny. Z jednej strony dolina rzeki, z drugiej ośnieżone szczyty Alp, a po środku miasto. Cudo.
Kiedy już się nacieszyłem Lublaną widzianą z wysokości poszedłem pokręcić się po parku okalającym zamek i popstrykać nieco. Nareszcie miałem do tego słońce. Do swoich ulubionych kelnerek też zawitałem.
Do hostelu wróciłem przed 21. Włosi, w przeciwieństwie do swoich krajanów z Rzymu, okazali się być spokojnymi, normalnymi ludźmi, których przyjazd do Lublany był prezentem urodzinowym dla jednego z nich, Nicoli. Cała piątka pochodziła z jakiejś małej miejscowości (stąd pewnie ta normalność) leżącej niedaleko Wenecji. Jeden nawet posiada własną winnicę, czego dowód przywiózł ze sobą i szczodrze się dzielił. Jak białego wina nie lubię to tamto bardzo mi leżało. Wiadomo; ofiarowane zawsze lepsze. Po 22. chłopaki wyzbierali się na imprezę, nawet zapraszali, ale najgrzeczniej jak mogłem odmówiłem. Poznałem także chłopa z Argentyny, który jak twierdził miał słoweńskie korzenie. Jak się potem dowiedziałem w Ameryce Południowej mieszka sporo osób z bałkańskimi korzeniami, a przyjeżdżają na ogół dzieci osób, które wyemigrowały. Ot ciekawostka. Gdybym został na studiach pewnie dowiedziałbym się o tym więcej, a tak mogę się tylko domyślać. Wiele z nim nie pogadałem, gdyż zniknął tak szybko jak się pojawił, więc wróciłem do swojego piwa, książki i ostatecznie łóżka. Następnego dnia w końcu zamierzałem się ruszyć i zobaczyć coś poza Lublaną. Cel: Maribor.

07.05.2008

Komentuj (6)


A quarter.

Maj płynie spokojnie. Co dość regularny odstęp czasu pojawia się jakaś impreza albo jakieś wyjście albo po prostu zwykłe piwo na AWFie, po którym wracam do domu bez ładu i składu. Gdzieś po drodze były urodziny Juriusza w klubie, do którego nawet łatwo trafiłem, ale jak już mi się to udało to przez chwilę nie wiedziałem czy aby na pewno, bo jakoś cicho i pusto było (przynajmniej jak na środek Juwenaliów), ale kiedy już zlokalizowałem solenizanta wszystkie powyższe wątpliwości zniknęły. Tego wieczora po ponownym poznaniu i późniejszym odprowadzeniu Vix, przyszłej pani archeolog, niemal pod same drzwi mieszkania, chociaż w założeniu było najbliższe skrzyżowanie, podążyłem jeszcze na chwilę w kierunku Łubu-Dubu, choć tego klubu jakoś nie trawię, gdzie Karolina Czerwona Sukienka (znam chyba osiem Karolin przez co coraz ciężej jest mi je tu uwieczniać) utwierdziła mnie w przekonaniu, że ten gość tam na kanapie, który wygląda jak któryś z Adamów z Formacji Chatelet to faktycznie któryś z Adamów z Formacji Chatelet. Bodajże Adam Grzanka. Podobno bywa tam dość często i pije do czwartej, jak my zresztą. Nie miałem okazji się tam zasiedzieć, bo Cyke i obie Karolki wspólnie mieli dość piątku i zapragnęli wyjść na spotkanie sobocie i w związku z czym opuściliśmy lokal. Tuż przed nami, ze zdecydowaną pomocą ochroniarza, zrobił to pewien chłoptaś kiedy po dłuższej drzemce postanowił wyłożyć się z nogami na stole niszcząc przy okazji to i tamto. Głównie tamto co się rozbiło na podłodze. Po odprowadzeniu jednej i drugiej Karolki własny dom osiągnąłem w okolicach piątej. Zrobiło się już zupełnie jasno, a ja nie miałem optymistycznych wizji samego siebie na ElectroPerversion kilkanaście godzin później, więc poszedłem spać. Lecz szczęśliwie dotarłem i tam ale w stanie dość smutnym, choć wcale nie na kacu. W ogóle kaca tego dnia nie miałem, bo specjalnie nie było z czego go mieć, co najwyżej z niewyspania i do tego, nawet bez tortur, mogę się przyznać. Obiecałem, że będę; chciałem zobaczyć Królika, bo nie widziałem jej od połowy marca; chciałem pogibać się przy jakiejś miłej dla ucha combichristowo-hocicowo-laibachowej muzyce i w ogóle posiedzieć w piwnicy. Sielankę próbował zepsuć jakiś typ, który o 23 przypomniał sobie, że ma rezerwację akurat tam gdzie siedzieliśmy i próbował nam wmówić, że jest trzema samochodami, choć mi wyglądał na jednego i wcale nie samochód. Powiedzieliśmy mu, że za chwilę sobie pójdziemy, ale ten nie chciał słuchać i poszedł się poskarżyć ochronie. O pierwszej wróciliśmy na swoje kanapy, bo nasz nowy kolega chyba zauważył, że najwidoczniej pomylił knajpy i załapał się na imprezę, na której wcale nie chciał się znaleźć. Półtorej godziny później uznałem, że najwyższy czas pozbierać zabawki i pójść sobie do domu, bo mimo, że towarzystwo wymarzone, muzyka do rzeczy (akurat w tamtym momencie nie) to ja, prawdopodobnie ku uciesze całej salki, przybiję bolesnego gwoździa do stołu. A stół niski. Pożegnałem się i wyszedłem. Tego wieczora żadna przyszła pani archeolog przeze mnie do domu odprowadzona nie została.

Pod oknem grupa panów pod czterdziestkę robi chodnik; kładą kostkę brukową, tworzą na nowo uliczkę osiedlową i ogólnie rzecz biorąc hałasują, co jakoś bardzo mnie nie dziwi, bo ciężko budować drogę po cichu. Nie przeszkadza mi to w żadnym stopniu kiedy jest robione w normalnych godzinach, ale jeśli bawią się w piłowanie kostek brukowych między 7:20 a 8:30 (tak, później już nie) to aż chce się zadać im pytanie czy przypadkiem nie oglądali 'Dnia Świra' a jeśli tak to czy muszą tak napierdalać od bladego świtu? Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! (...) I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Wrócicie napierdalać jak siądę do pracy! Długo by tej uliczki czy tam chodnika nie skończyli, bo choć chciałbym do pracy usiąść to nie mogę. Szukam i szukam i na tym się póki co przygoda kończy.

14.05.2008

Komentuj (3)


Slovenia on my mind. Cześć 2.

Wracając do tematu Słowenii to Cyke właśnie z niej wrócił. Jak zaczęliśmy się witać o 18 to skończyliśmy o 6 rano dnia następnego. Tu widać oznakę czasu, gdyż jak kilka lat temu Hamlet przyjechał ze zmywaka (konkretnie to z KFC) z Anglii to witaliśmy go trzy dni. W każdym bądź razie z Cykiem i tak mieliśmy tego ranka nieźle, bo mogliśmy się wyspać, ale Anetka, sąsiadka, o której istnieniu dowiedziałem się tego wieczoru, miała na siódmą do pracy. To, że jej z tej pracy nie wywalili można rozpatrywać w kategorii cudu, bo Anetka pracuje na poczcie i chuch zapewne miała potężny, mimo, że na przystanku prawie ją zasypaliśmy gumami do żucia. Przetrwała dzień. Zuch dziewczyna. Okazją główną do doprowadzenia się do takiego stanu były urodziny Jowi, ale o tym dowiedziałem się już na miejscu i jako prezent przedstawiłem samego siebie. Każdy dobrze wie, że najlepiej jest urodzić się w maju i w związku z tym, że właśnie całkiem sporo osób o tym wie, ja zacząłem żyć według czasu wschodnioamerykańskiego.
No ale o Słowenii miało być.
20. kwietnia w Warszawie grała i śpiewała Katie Melua. Ja bardzo Katie lubię ale tego dnia miałem gościnne występy w Mariborze. Ciężko mi było przełknąć ominięcie takiej imprezy, ale jeszcze bardziej zabolała mnie wiadomość o tym, że 27. tego miesiąca piękna Ketevan będzie występować w Lublanie kiedy ja tego dnia miałem autobus do Polski. Optymistycznie założyłem, że jeszcze nie raz będę miał okazję podziwiać ją na scenie, więc długo nie rozpaczałem. Mimo to szkoda i żal ogromne. Z tego samego powodu nie zobaczyłem Anouk w Amsterdamie trzy tygodnie wcześniej.
Do Mariboru pojechałem pociągiem. Można też autobusem, ale wychodzi to drożej, poza tym pociągi mimo wszystko są wygodniejsze i chyba też szybsze. Jako, że to była niedziela załapałem się na turystyczne bilety weekendowe i byłem około sześciu euro do przodu. Bardzo miły akcent na rozpoczęcie dnia i, choć nie lubię uprzedzać faktów, niestety ostatni. Pociąg też był ładny i wygodny (bodaj IC do Pragi), ale to tyle z rewelacji. W Mariborze zameldowałem się przed trzynastą i od razu odczułem, że jest niedziela. Miasto wyglądało jak w filmie 28 dni później z tą różnicą, że na ulicach nie walały się stare gazety. Przebrnąłem przez to pustkowie i znalazłem jakieś centrum ale i tam zbyt wielu ludzi nie spotkałem. Stały za to jakieś Porsche. Właściciele chyba zrobili sobie mały zjazd i to było jedyną atrakcją w tym mieście (przynajmniej w niedzielę). Poza tym sklepy pozamykane, knajpki też, restauracje to samo, tylko McDonald's był otwarty. Przycupnąłem pod jakimś pomnikiem w centrum koło mariborskiego zamku (w niedzielę oczywiście zamknięty, bo turyści pewnie przyjeżdżają w środy) i zacząłem czytać w przewodniku gdzie iść by nie zacząć walić głową w najbliższą ścianę. Przewodnik powiedział mi, żebym poszedł na nabrzeże Dravy, bo tam są knajpki, ładne widoczki no i jacyś ludzie. Jest też najstarsza na świecie winorośl (Stara trta), której wiek datuje się na 400 lat. Poszedłem, zobaczyłem, zrobiłem kilka zdjęć mostu, jakiejś wieży, no i samej winorośli. Nie zachwyciłem się tym fenomenem pewnie ze względu na to, że w połowie kwietnia ów zabytek przyrody nie ma liści, a ja wiedzę teoretyczną o winie mam żadną ale za to w praktycznym poznawaniu mam już większe sukcesy. Chwilę się jeszcze pokręciłem i poszedłem zobaczyć co to miasto może mi jeszcze zaoferować. Spojrzałem na mapkę i zlokalizowałem park. Do roboty wiele nie miałem, powoli zacząłem się topić w butach, więc przegłosowałem samego siebie i poszedłem wywalić się na trawkę i poczytać Kapuścińskiego. Zlokalizowanie tego parku równało się ze zlokalizowaniem całej populacji Mariboru i okolicznych miejscowości (prawie całej, reszta była pewnie w nowowybudowanym centrum handlowym na drugim brzegu rzeki). W sumie im się nie dziwię, bo samo centrum urokliwe specjalnie nie jest, a park za to jest fantastyczny. Czas jaki został mi do pociągu spędziłem już tam łapiąc trochę słońca i dając odpocząć stopom, które już zdecydowanie miały dość tej wycieczki.
W międzyczasie nie zanotowałem już żadnej ciekawostki, która mną tak wstrząsnęła, że aż musiałbym ją zanotować dla potomności, więc po przeczytaniu kilkunastu stron Podróży z Herodotem pokierowałem się prawie pustymi ulicami na dworzec. Pociąg już na mnie czekał i mimo, że miałem trochę czasu do odjazdu, a sam pociąg śliczny nie był (zwykły regional jakich u nas pełno) zająłem miejsce w środku.
W przewodniku wyczytałem, że Lublana jest typowo studenckim miastem. W sezonie studenci stanowią do 15% ogółu ludności w mieście i kiedy w tamtą niedziele wracałem tym regionalem do Lublany przekonałem się, że to może być prawda. Jak każdy wie Słowenia jest mała, także pewna część studentów na weekend wraca do domu, co specjalnie dziwne nie jest, bo pewnie co jakiś czas sam bym tak robił, co więcej znam sporo osób, które studiując w Krakowie na weekendy jadą w rodzinne strony robić pranie. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu ludzi wychodzących z pociągu. Wychodzili i wychodzili. Jeden wielki potok ludzi z plecakami i walizkami wylewający się z wagonowych trzewi. Śpiewali, cieszyli się, umawiali na piwo i kierowali do akademików. Nie dotrzymałem im kroku i pokierowałem się najpierw do jakiejś knajpy, by w końcu coś zjeść normalnego (przy okazji odkryłem dobry kebab przy dworcu), a następnie do hostelu. Tam odkryłem, że Włochów już nie ma za to na ich miejsce dostałem tylko powietrze. Było mi to na rękę, bo byłem wytyrany i specjalnie nie chciało mi się z nikim gadać. Nie sprawdziwszy nawet poczty poszedłem spać, bo choć Maribor to nudne miasto i jak ktoś nie musi tam jechać to niech lepiej ominie i nie traci dnia, to zmęczyło mnie okrutnie. Na kolejny dzień zaplanowałem sobie poważniejszą wycieczkę - Zagrzeb.
Parę miesięcy temu wymyśliłem sobie plan na najbliższe kilka-kilkanaście lat: otóż chciałbym zwiedzić lub choćby tylko zobaczyć wszystkie europejskie stolice od Lizbony po Moskwę i od Reykjaviku po Valettę. W tym także Tiranę, Sarajewo, Skopje, Vaduz. Skoro już byłem na Słowenii to głupio nie wpaść do Zagrzebia kiedy ma się takie ambitne plany (które zresztą realizuję trochę bez sensu, ale z drugiej strony ładu i składu w moim planie nie było), a który leży za miedzą. Juriusz mówił, że Zagrzeb jest nudny i jeden dzień to będzie akurat, a ja więcej i tak nie miałem. Nie miałem też chorwackich kun. No ani lipy. Lipa zatem straszna. W sobotę zapomniałem iść do banku (na dworcu niesamowite złodziejstwo, np. za 100zł można było dostać 23euro), w niedzielę byłem w Mariborze, ale nawet jeśli zostałbym w Lublanie to nie miałbym gdzie wymienić. Rano również nie udało mi się tego zrobić, bo wszystkie banki otwierają tam o 8:30 kiedy ja pociąg miałem 8:35. Dla komfortu psychicznego nie warto było ryzykować, w końcu Zagrzeb to nie koniec świata i tam banki też mają. Mimo wszystko nie lubię gdzieś jechać nie posiadając tamtejszej waluty.
Przedział zajmowałem z Austriakiem czytającym powieść Baldacciego. O tym co czyta dowiedziałem się z okładki książki, którą trzymał, a narodowość poznałem po paszporcie, który podał pani celnik na granicy. Mój paszport bardzo jej się nie podobał, bo kazała mi pokazać inny dokument (podejrzewam, że mój wiek z moim wyglądem nie chciał jej się zgodzić, jakiś czas temu miałem to samo w monopolowym). Dodatkowo otrzymałem standardowy zestaw pytań, czyli: 'gdzie? dokąd? skąd? po co? na ile? ile bagażu? co w bagażu? itd. Trochę nie spodziewałem się takiego ataku to się zmieszałem, ale pani uznała, że żaden ze mnie przemytnik ani terrorysta i pozwoliła jechać dalej. Słoweńscy celnicy są jednak sympatyczniejsi.
11:00 jestem na chorwackiej ziemi. Pierwsze wrażenie - wow, ładnie tutaj, tramwaje mają, niebieskie nawet, w kiosku porno DVD stawiają koło DVD z listonoszem Patem i strażakiem Samem, w ogóle jakoś tak tu ładniej niż w Lublanie. Z takim nastawieniem poszedłem zwiedzać centrum. Nie miałem żadnego planu, więc z niczym się nie ścigałem. Uznałem, że to co mi się uda zobaczyć to zobaczę, a to czego nie to nie, a ja nauczę się jakoś z tym żyć. Wziąłem ze sobą mapę miasta i nie zawahałem się jej użyć, ale żadnego banku nie udało mi się na niej zlokalizować. Udało mi się to zrobić 300m od dworca, gdzie moje 20 euro wyceniono na 143 kuny z lipami. Więcej wydawać nie chciałem i musiało mi to wystarczyć, zwłaszcza, że przyjechałem tu także po urodzinowy prezent dla Juriusza. Zwiedzanie zacząłem od pójścia w przeciwną stronę niż chciałem co zaowocowało totalnym pogubieniem się w mieście. Po kilku chwilach spędzonych nad mapą w końcu udało mi się zlokalizować i obrać dobry kurs na centrum. Przy okazji wszedłem w kadr jakiejś ekipie filmowej. W centrum znalazłem plac na wolnym powietrzu z owocami, warzywami, kwiatami i innymi trawami, a także białym serem i innymi tego typu wynalazkami. W bunkrze pod ziemią były sklepy mięsne i całe szczęście, że Chorwacja nie jest w Unii, bo inaczej kazali by im to z miejsca zamknąć, zaorać i posypać wapnem. Durne unijne prawo, ale co zrobić. Na obiad poszedłem do jakiejś knajpy, gdzie dali mi coś co wyglądało i smakowało jak pizza calzone. Całkiem dobre i tanie. Sam lokal przypominał bar mleczny z początku lat 90': małe stoły pokryte ceratowymi obrusami w czerwono-białą kratkę, duże okna, wysokie sufity, prostota bryły. Poczułem nostalgię i przypomniały mi się wakacje w Rabce-Zdrój i obiady w restauracji Małgośka przy ul. Orkana. Klimat ten sam. O ile wiem ta restauracja już nie istnieje od lat i obecnie jest dyskoteką.
Chciałem kupić też jakiś breloczek dla Maryśki, bo zainteresowana pała się zbieractwem tego typu rzeczy, ale kiedy znalazłem sklep z pamiątkami to się załamałem. Miałem nadzieję, zę choć w Zagrzebiu uda mi się coś znaleźć ładnego, ale najwidoczniej przeliczyłem się. Mimo wszystko i tak było lepiej niż w Lublanie, bo tam to już w ogóle nic nie ma pod tym względem. Niczego nie wybrałem i pokierowałem się w stronę Katedry (katedrala Marijina Uznesenja). Niestety nie trafiłem dobrze, bo jedna z wież była remontowana, co, jak się potem dowiedziałem, trwa już szósty rok. W Internecie trudno trafić na zdjęcie tej katedry bez rusztowań ją okalających. Teraz żałuję, że nie wrzuciłem pieniążka na remont, bo jak tam kiedyś wrócę to chciałbym zobaczyć ten budynek w pełnej krasie, a tak to w tym stuleciu raczej nie ma na to szans. Interiorem się nie zachwycałem, bo ani to w moim stylu ani nie mam do tego kompetencji. Poszedłem w stronę placu Bana Jelačića, skąd podobno miałem trafić na wzgórze, gdzie jest kościół św. Marka i pewnie by mi się to udało, gdybym nie poszedł jak zwykle w złą stronę. Po chwilowej dezorientacji znalazłem właściwą uliczkę (Tomiceva jakby kogoś interesowało) skąd na wzgórze można wjechać kolejką albo wejść po schodach jak człowiek. Zlokalizowałem kościół, który - uwaga niespodzianka - również był w remoncie i w ogóle nie dało się do niego wejść. Pocieszyłem się jego wyglądem zewnętrznym i poszedłem rozejrzeć się po okolicy. Przy górnej stacji kolejki znalazłem wieżę z której za drobną opłatą można było zobaczyć cały Zagrzeb. Nie udało mi się to, bo wieża jest otwarta w każdy dzień poza poniedziałkiem. Takie moje szczęście. Zrobiłem kilka zdjęć z murku i wróciłem na dół, bo w oddali powoli zaczynało się niewesoło chmurzyć. I tak miałem coraz mniej czasu do pociągu, a Zagrzeb mały nie jest. Spojrzałem na mapę i zlokalizowałem polskie akcenty; ulicę Varsavską i Sopot. Sopot to dzielnica Zagrzebia gdzie główną atrakcją są mrówkowce, więc tam specjalnie zapuszczać się nie chciałem, ale Varsavską sobie zobaczyłem, bo raz, że byłem blisko, dwa i tak nie miałem co robić. Kiedy tak nic nie robiłem wspomniane wcześniej chmury nasunęły się nad miasto i pokazały co kryją w sobie, a kryły hektolitry wody i całkiem sporo ładunków, które ostatecznie spadały to tu to tam. Kilka lat temu piorun uderzył mniej więcej dwadzieścia metrów ode mnie i od tamtego momentu podczas burzy staram się nie być w epicentrum, a już na pewno nie w obcym mieście i kraju. Nie chciałem ostatniej godziny spędzić na dworcu, więc poszedłem w kierunku czegoś, co wyglądało jak zejście do metra, ale jako, że Zagrzeb metra nie posiada to tym bardziej byłem ciekawy co tam jest (poza tym tam nie padało). Chorwaci okazali ludźmi, którzy wiedzą w którym miejscu mają głowę i trzykontygnacyjną galerię handlową postanowili zbudować pod ziemią, by turystów nie witał wielki, brzydki, szklany moloch. Jak widać da się zrobić sporej wielkości centrum handlowe, zarabiać na nim krocie i przy okazji nie psuć tym wyglądu miasta. Krakowscy radnych co jakiś czas wysyła się w teren by badali jak się rozwiązuje problemy w innych europejskich miastach, jednak jak widać (i to niestety dosłownie) traktują te wyjazdy jako wycieczki i dalej powstają i pewnie nadal powstawać będą koszmarki typu Galeria Krakowska. W kwestii budownictwa na obecnym etapie rozwoju może nie wszystko jest jeszcze możliwe, ale kiedy naprawdę się chce to można stworzyć coś za co mieszkańcy nie będą musieli się wstydzić. Argument lepsza taka galeria od tego co tam było wcześniej jest jak najbardziej słuszny, szkoda tylko, że jedyny.
Droga powrotna upłynęła bez ekscesów. Wcześniej na dworcu miałem lekkiego stresa, bo mój pociąg składał się z wagonów jadących w trzy różne kierunki a ja nie chciałem się pomylić i obudzić się w Belgradzie. Przynajmniej nie tamtego dnia. Ot takie podróżowanie po chorwacku. Na granicy znów dostałem standardowy zestaw pytań, ale już nie czepiano się mojego paszportu. Nawet pieczątkę dostałem, co prawda ledwo widoczną, ale za to pierwszą od siedmiu lat.
Dotarłem do Lublany. Dotarłem do sklepu (Merkator, taki ichniejszy Kefirek albo raczej Biedronka, mają nawet własne piwa, ale się nie skusiłem). Dotarłem do hostelu. Mój pokój bardzo się sfeminizował od czasu kiedy go widziałem ostatni raz i prawdę mówiąc bardzo mi to nie przeszkadzało. Poznałem dwie Koreanki, Jun(Yun?) i Grace (koreańskiego imienia podać nie chciała) oraz Brytyjki Kathy i ... no właśnie nie zapisałem. Okazji do bliższego poznania się nie było, więc wziąłem prysznic, sprawdziłem pocztę, zapewniłem martwiące się o mnie dusze, że żyję i poszedłem spać.
Rano okazji do poznawania nowych znajomych było bardzo dużo. Cały dzień lało i nikomu za bardzo nie chciało się wychodzić, tylko Koreanki ciągle gdzieś nosiło tam i z powrotem. Większość dnia spędziłem w hostelu zapoznając się z obcymi kulturami i gadugadowaniu z Ann. Brytyjki przyjechały na cztery dni i mimo deszczu postanowiły zwiedzić co się da, więc wiele z nimi nie porozmawiałem, za to poznałem ich preferencje literackie, Koreanki podczas gdy ich nie nosiło to spały, a jak nie spały to były mało rozmowne. Grace chyba mnie nie polubiła, bo ciągle patrzyła na mnie z ukosa, za to Jun/Yun była ciekawa czego słucham, co czytam, co jem, czy może się ze mną napić piwa, czym przyjechałem, skąd przyjechałem (Poland. Holland?? Poland! P! Standard), na ile zostaję, dlaczego tak długo, jakie mam plany, czy może mi zrobić zdjęcie... Potem poleciała gdzieś z koleżanką i wróciła koło 2 w nocy. Wieczorem kiedy w końcu przestało padać udało mi się na chwilę wyjść na miasto, ale to tyle jeśli chodzi o ten dzień. Lublanę już poznałem, więc nie rozpaczałem z powodu siedzenia w jednym miejscu. Nawet się ucieszyłem, że wycieczkę do Kopru przełożyłem o jeden dzień.

22.05.2008

Komentuj (2)


Ride the Lightning

Wielokrotnie w życiu sprawdziło mi się, że lepiej jest zrobić coś spontanicznie niż planować tygodniami. Niejednokrotnie lepiej bawiłem się na imprezach, o których dowiedziałem się na pół godziny przed ich początkiem, niż na tych, które zapisałem w kalendarzu tydzień wcześniej. Wiadomość, że Metallica znów zamierza u nas zagrać doszła do mnie zaraz po Nowym Roku i mniej więcej wtedy zdecydowałem się kupić bilet. Decyzja była czysto spontaniczna i do 28.maja trochę jej żałowałem, bo przecież mogłem zainwestować w PJ Harvey, której na żywo, w przeciwieństwie do Metallicy, nie widziałem. Co więcej byłem skłonny oddać swoją prawicę za to, że koncertu sprzed czterech lat nie przebiją.
Rybol zaoferował się z transportem, więc kwestia dojazdu wypadała z worka zmartwień. Jeszcze w kwietniu moje myśli krążyły wokół problemu, że przecież to środa, co to będzie, już wtedy znajdę jakąś pracę, nie puszczą mnie.... No... znalazłem. Nawet pogodę zapowiadali ładną. Jak na złość absolutne zero problemów. Cztery lata wcześniej przynajmniej egzamin miałem.
Podróż autostradą w kierunku Katowic jest mało interesująca (poza standardowymi komentarzami O, znowu ograniczenie prędkości, Jeszcze tego odcinka nie wyremontowali?, Fajnie, znowu zwężenie. Kocham polskie autostrady), więc żeby nam się nie nudziło Rybol zabrał płytę Tajemnice Puszczy, skąd pochodzą takie szlagiery jak Grzebiuszka Ziemna (Pelobates Fuscus) czy Koncert paskówek, żab i rzekotek oraz niezapomniane solówki w wykonaniu Łosia (Alces Alces), Turkucia Podjadka (Gryllotalpa Gryllotalpa) czy też metaliczne zacięcia Lisa (Vulpes Vulpes). Mina pani na autostradowej bramce bezcenna.
W międzyczasie zgubiliśmy się gdzieś na Śląsku, ale kiedy już mniej więcej wiedzieliśmy gdzie jesteśmy to poszło łatwo i bez bólu dotarliśmy do Chorzowa. Już kilka razy byłem w tamtejszych rejonach i z grubsza (bardzo grubsza) orientuję się co jest gdzie, ale gdyby mi wielkimi literami nie napisali gdzie zaczyna się Chorzów a kończą Katowice to sam za Chiny Ludowe bym się nie domyślił.
Złotą Strzałę zaparkowaliśmy w małej, ślepej uliczce niedaleko stadionu po czym poszliśmy zobaczyć jak kształtuje się sytuacja przy wejściach. To już nie te lata, by pchać się od razu pod scenę, więc po zrobieniu zakupów w Carrefourze dołączyliśmy do pikniku w parku. Zawsze kiedy jest duży koncert Stadionie Śląskim policja zwiera szeregi i bierze z sobą wszystko co tylko ma w swoim arsenale i garażach łącznie z armatkami wodnymi do rozpędzania tłumów. Nie czytam zbyt wielu serwisów muzycznych ani nie śledzę dokładnie wiadomości, ale nie czytałem ani nie słyszałem, by w ostatnich latach na jakimkolwiek dużym koncercie rockowym czy metalowym wybuchały zamieszki miary tych co są co tydzień na kilku polskich stadionach podczas rozgrywek ligowych. Tak czy owak dobrze, że byli. Na pewno jakieś tam interwencje mieli, ale nie podejrzewam, że było to coś poważniejszego od zbierania z chodników tych co przesadzili z piknikowaniem.
Mnemic przepiwkowaliśmy. Machine Head już oglądaliśmy z poziomu płyty, ale tak nas rozgrzali, że aż zmarzliśmy. Swoją drogą gorszego nagłośnienia jeszcze nie słyszałem i mam nadzieję, że już nie usłyszę. Zespół coś tam sobą reprezentuje, ale dźwiękowcy nie pozwolili im tego udowodnić. Godzina 21 zbliżała się bardzo powoli, więc postanowiliśmy się wmieszać w tłum, by zrobiło nam się choć trochę cieplej. Stojąc w coraz bardziej gęstniejącym tłumie czarnej masy (przeważnie, bo ja na przykład podkoszulek miałem czerwony) poznaliśmy chłopaków z Kujawsko-Pomorskiego, których główne zainteresowania co do koncertu ograniczały się do piwa, kiełbasek, pierdzenia i Nothing Else Matters (nawet niechcący mi gra słowna wyszła). Reszta koncertu tak średnio ich obchodziła, a przynajmniej takie sprawiali wrażenie.
Godzina 21:01. Punktualni prawie do bólu. Ja i 60tys pozostałych osób, podobnie jak cztery lata wcześniej (bez trzech dni), usłyszało pierwsze takty Extasy of Gold. Zaczęło się.
Jak napisałem wyżej przed koncertem nie podejrzewałem, że chłopaki będą w stanie zagrać lepszy koncert od tego z 2004 roku. Udało im się. Nie wiem jak, ale naprawdę tego dokonali i do teraz jestem pod wielkim wrażeniem ich formy i kunsztu. Nie mam w zwyczaju opisywać relacji z koncertów, gdyż wydarzenia, które robią na mnie duże wrażenie trzymam w głowie dla siebie i choćbym nie wiem jak bardzo chciał je dobrze opisać czy opowiedzieć ze szczegółami to nigdy nie byłbym usatysfakcjonowany. Wystarczy, że koncertem jestem zachwycony jak mało kiedy. Nawet występ Nine Inch Nails w Bratysławie tak bardzo mnie nie ucieszył jak środowa Metallica w Chorzowie. Niestety koncert miał jeden bardzo duży minus: mimo, że chłopaki ułożyli wymarzoną setlistę, mimo, że dawali z siebie wszystko, mimo, że nagłośnienie było raczej w porządku, mimo, że kontakt z publicznością mieli fantastyczny, to ta, w ogromnej większości, wcale tego nie odwzajemniła. Chłopaki z Kujawsko-Pomorskiego rozmawiali o piwie i pierdzeniu, dziewczyna stojąca przede mną ruszyła głową chyba tylko raz i dlatego, że ją komar w szyję ugryzł, pan obok mnie podczas Master of Puppets otworzył sobie piwo, drugi zaczął skręcać jointa. Czy ja zwariowałem? Znak czasów? Mimo to z Rybolem i Juriuszem próbowaliśmy się bawić na tyle ile mogliśmy, niemniej trudno się bawić na całego kiedy ciągle jest się ściąganym w dół przez kogoś stojącego z tyłu, który mówi, żeby mu zasłaniać skacząc. A czy ja jestem w filharmonii? Cztery lata temu z koncertu ledwo się wyczołgałem, po czym zanurkowałem w górze butelek z wodą, które zostały odebrane ludziom przy wejściu, a w tym roku nawet nie chciało mi się pić. Mimo to powtórzę to co napisałem powyżej: koncert sam w sobie mnie zachwycił, a teza, którą postawiłem na wstępie tym razem (na szczęście) się nie sprawdziła. Niemniej bardzo często sprawdza mi się inna: im bardziej nie chce mi się w czymś uczestniczyć tym lepsze doświadczenia potem wynoszę. Trzymam Larsa Ulricha za słowo, że wrócą w przyszłym roku, a ja też tam będę.
Po opuszczeniu stadionu dość szybko udało nam się zlokalizować kolegę Pawła z Ostrowca, więc mogliśmy powoli podążać w kierunku samochodu. Na miejscu okazało się, że przed nami jakaś dobra godzina stania w korku, więc zaznajomiliśmy się z ludźmi z Jasła, których Rybol później niechcący puknął swoją Złotą Strzałą. Straty na szczęście okazały się żadne. Nowi przyjaciele, podobnie jak my wczesnym popołudniem, zachwycili się składanką Tajemnice Puszczy i poprosili, by przesłać im to na maila, bo już żyć bez tego nie mogą. Zastanawiam się, jak często ludzie mieszkający przy tej uliczce widzą pod swoimi oknami korek samochodowy, a jak często mają okazję usłyszeć koncert rzekotek i kumaków. Korki chyba mają częściej.
Droga powrotna upłynęła nam przy rozmowach o muzyce, do których ja raczej się nie włączałem. Marzyłem o prysznicu, łóżku i czymś do zjedzenia, choć jak przed oczyma stawał mi obraz wnętrza mojej lodówki to automatycznie robiło mi się smutno. Urodzinowy dżem od Kali dawno się już skończył, chleba jak zwykle nie było, innego prowiantu także niet. Dotarłem tam około w pół do trzeciej, zjadłem banana i jak stałem tak padłem.

29.05.2008

Komentuj (4)




Join the Blue Ribbon Online Free Speech Campaign