księga
sznurki
powered by
Ownlog.com
& Fotolog.pl

Proust (r.2003)
Blog Directory
o mnie
gg
icq

poczta

krakowski
-----
last.fm
myspace
deviantart
Youtube
Woophy

Ann
Bina
Edith
Juriusz
Marla
Mroo
Wizjomarek

archiwum w PDF
03.04.03 - 27.03.08


2008
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

Good boys goes to heaven, others to Amsterdam.

Zachodnia Europa nigdy mnie nie pociągała. Bardziej ciągnie mnie na wschód i południe, gdzie są rzeczy, których nie znajdę w katalogach turystycznych. Obecnie chyba najbardziej marzy mi się Mołdawia i Macedonia. Amstardam wypadł mi więc trochę przypadkiem i trochę od niechcenia i mniej więcej tak samo wszystko planowałem i organizowałem. Przed wyjazdem nie wiedziałem o tym mieście nic poza tym, że jest stolicą Holandii, jest blisko morza, są tam coffeeshopy, Dzielnica Czerwonych Latarni i wiatrak. Po niecałych trzech dniach tam spędzonych moja wiedza o nim jakoś gigantycznie się nie poszerzyła, ale nie żałuję tej wycieczki i, co więcej, planuję to miasto zdobyć jeszcze raz i tym bardziej na dłużej. Nie mogę powiedzieć, że byłem w Holandii i ją poznałem kiedy Amsterdam nie odkrył przede mną swoich wszystkich tajemnic. Był jednak przygodą wartą zachodu, choć co się nastresowałem to moje na wieki wieków.
27 luty. Po krótkim namyśle, które dni będą mi najbardziej pasować zarezerwowałem lot tam i z powrotem na trasie Kraków-Amsterdam-Kraków. Widziałem już lepsze promocje, ale i tak w stosunku do pozostałych lotów tej linii nie było najgorzej. Poza tym wybrałem opcję płatności VIA, co jest całkiem ciekawą i wygodną opcją, bo za bilet lotniczy można zapłacić w najbliższym monopolowym. Dodatkowo taka opcja jest tańsza od płatności kartą bądź przelewem via Internet. Jak dotąd wszystko szło gładko i bez problemów. Skutkiem nieobycia na lotniskowych salonach oraz błędem młodości było to, że nie wziąłem pod uwagę faktu, że to zupełnie nowe połączenie, więc prawie na 100% coś się spieprzy, ale o tym później.
Z kwestii organizacyjnych zostały mi tylko noclegi. Z początku chwilę bawiłem się w HospitalityClub, ale kiedy na trzydzieści osób odpisało mi pięć (wszystkie, że bardzo chętnie ale w innym terminie) to dałem spokój. Miałem miesiąc czasu i każdy dzień był na wagę kilku euro. Na hostelworld.com sytuacja też nie wyglądała tak jak ja bym sobie tego życzył i w ogóle kolorowa nie była. Hosteli było sporo, ale jak nie zaprane po dach to drogie jak Sheraton. Najbardziej wkurzały mnie miejsca, gdzie jedna noc kosztowałaby mnie 14euro, a następna już 37. Nie wiem skąd oni te ceny biorą. Po dłuższych poszukiwaniach, paru kawach, kilku relaksujących spacerach udało mi się znaleźć coś pomiędzy (naturalnie bliżej 14euro niż 37). Spałem już za znacznie mniejszą kwotę, ale i tak cieszyłem się, że w ogóle udało się coś znaleźć przyzwoitego i nie na totalnym zadupiu, bo i taką opcję rozważałem.
18 marzec. Wtorek, godzina 13:00. Będąc z wizytacją na obiedzie oznajmiłem rodzicielce, że za dwa tygodnie lecę do Amsterdamu na chwilę. Matka nie zgłosiła żadnych obiekcji (no, może poza: znowu sam?) i życzyła powodzenia w podbijaniu Niderlandów. W drodze na przystanek tramwajowy dostałem SMS o treści: Zarezerwowany przez państwa rejs C0163 na dzień 2008-04-01 został anulowany. Prosimy czekać na kontakt. Dalej już tylko numer telefonu pod który mam się zgłosić w razie pytań i pozostałych wątpliwości. Fajnie. 1 kwietnia zobowiązuje, ale nie oznacza od razu, że można sobie takie jaja robić. Mocno zaniepokojony przyszedłem do domu, załadowałem stronę Centralwings i z przykrością stwierdziłem, że faktycznie mojego rejsu nie ma. Tego jak i kilku innych. Wcześniej miałem jeszcze cień nadziei, że zmienili tylko godzinę odlotu, ale się przeliczyłem. Wkurzyłem się nie mało, ale postanowiłem podejść do problemu na chłodno, by się już więcej nie denerwować. Najpierw odszukałem, a następnie odkurzyłem telefon stacjonarny, po czym zadzwoniłem na infolinię, by dowiedzieć szczegółów. Jednak nie było mi to pisane, gdyż pod żaden z trzech numerów telefonu nie udało mi się dodzwonić. Na oko odwołali 4 loty (teraz już wiem, że znacznie więcej), a w każdym po 150 dusz, czyli reasumując linie telefoniczne miały prawo się zawiesić. Wściekłem się jeszcze bardziej. Było źle, bo nie tak sobie wyobrażałem koniec marca i początek kwietnia. Wszedłem na gg i złapałem Mańka:
-Maniek! Ratuj. Lot mi odwołali do Amsterdamu.
-Chujowo.
-Przyleciałeś wczoraj z Genevy to się znasz. Co robić?
-Ale ja nie przyleciałem z Genevy. Przyjechałem. 24h wyszło.
-Ooo...
24 godziny. Dużo. Rzekłbym nawet, że w chuj dużo. W stanie przedpanikowym wykluczyłem wszystkie inne opcje poza samolotem, więc o autobusie nie pomyślałem, ale kiedy w organizm mój wsiąkła nowa nadzieja wszedłem na stronę pierwszej lepszej bileterni internetowej i znalazłem alternatywę: dwadzieścia godzin jazdy za mniej więcej taką samą cenę co samolot. Synchronizacja czasów też wypadała nieźle. Ha! A new hope! Zacząłem się nawet cieszyć, że nie połączyłem się z infolinią Centralwings od razu, bo pewnie zbluzgałbym jakąś telefonistkę, która raz, że nie jest niczemu winna, to dwa najprawdopodobniej nie zna przyczyn odwołania kilku rejsów. Po rozmowie z Juriuszem zacząłem się dodatkowo obawiać, że jeśli zrezygnuje tylko z jednego rejsu to w ramach programu lecisz z nami albo w ogóle nie będą mi chcieli zwrócić pieniędzy, ale kiedy już jakimś cudem dodzwoniłem się na infolinię i wyjaśniłem co i jak sprawy potoczyły się gładko (poniekąd, bo do dziś konto moje odwiedziły tylko przewalające się krzakowe kule z amerykańskich westernów). Zamiast zwrotu pieniędzy wolałbym rejs dzień wcześniej, ale nie tylko ja miałem taki pomysł, także naturalnie nie udało się załapać. Ostatnim krokiem do wyprostowania sytuacji było napisanie maila do hostelu z prośbą o anulowania mi rezerwacji na jedną noc i wyjaśnienia sprawy z czym również nie było większych problemów, chociaż bez bezpośredniej rozmowy się nie obeszło. Jedynym minusem tej zamiany była długość podróży i zmęczenie z tego wynikające. W tym też udało mi się znaleźć plusy: mniej stresu przed odjazdem i filmy puszczane w czasie jazdy.
21 marzec. Późne popołudnie. Moja nowo założona skrzynka gmail poinformowała mnie, że otrzymałem kolejny mail z Centralwings. Tym razem napisali o przełożeniu godziny rejsu powrotnego z 14:40 na 20:05. Czy oni są nienormalni, czy po prostu chcą się pochwalić jak głęboko w dupie mają swoich klientów? Ja wiem, że w swoim regulaminie dają sobie dwa tygodnie wyprzedzenia przy informowaniu pasażerów o jakichkolwiek zmianach, ale to chyba jest równoznaczne z tym, że wcześniej poinformować nie mogą. Najwidoczniej jest. Tragedii nie było. Zyskałem parę godzin, chociaż miałem już zarys planów na piątkowo-sobotnią noc.
1 kwiecień. W regulaminie biura podróży, z którym jechałem stało, że jeśli chcę się z nimi zabrać to na dworcu muszę być najpóźniej piętnaście minut przed odjazdem. Rejs miałem zaplanowany na 13:00, więc uznałem, że jak będę na miejscu o 12:30 to będzie w sam raz i mniej więcej o tej godzinie zmaterializowałem się na płycie głównej regionalnego dworca autobusowego. Zlokalizowałem kilka autobusów kursujących na zachód ale wśród nich nie znalazłem żadnego do Rotterdamu. Miałem jeszcze czas to przycupnąłem sobie na ławeczce między budką z obwarzankami a kupami gołębi i czekałem. Przyjechał autobus do Francji. Mojego nadal nie ma. Przyjechał autobus do Szwajcarii. Mojego nadal nie ma. Przyjechał autobus do Włoch. Mojego nadal nie ma. Odjechał autobus do Francji. Mojego nadal nie ma. Odjechał autobus do Szwajcarii. Mojego... Godzina 13:58 przyjeżdża autobus, z którego wysiada gość w klapkach, przeprasza za spóźnienie i pyta się kto chce z nim jechać. Kiedy już byłem w środku dowiedziałem się, że on nie jedzie w tym kierunku co ja chcę, ale za to będę miał przesiadkę albo i dwie, tyle, że jeszcze nie do końca wiadomo gdzie. W każdym razie mam sie nie martwić. Faktycznie z radości może i nie skakałem ale i tak się cieszyłem, że w ogóle przyjechał.
Według planu firma, z którą jechałem fundowała mi małe Tour the Silesia. Trochę mnie to przerażało, bo tych przystanków było prawie trzydzieści, a ja podróżując lubię się przemieszczać, a nie ciągle zatrzymywać. Ostatecznie okazało się, że to był ogólny plan dla kilku autobusów i po Gliwicach, gdzie ostatecznie się przesiadałem, miałem przystanki tylko we Wrocławiu i na granicy na siku. Mimo godzinnej obsuwy w rozkładzie we Wrocławiu byliśmy dziesięć minut przed czasem, ale za to na granicy mieliśmy trzydzieści w plecy. Nie wiem jak oni tego dokonali, ale niech to pozostanie ich tajemnicą. Mnie na czasie specjalnie nie zależało ale zbyt spóźniony też być nie chciałem. Kilka minut przed 21. przekroczyliśmy granicę polsko-niemiecką i pojechaliśmy dalej na północny zachód. Mniej więcej pół kilometra za szlabanami, których już być nie powinno, a są, pojawił się biało-zielony VW Transsporter należący do niemieckiej straży granicznej i według tego co mu mrugało z tyłu chciał by za nim jechać. No dobra, zjeżdżamy z autobahna i jedziemy za nim. Zatrzymaliśmy się w jakimś baraku gdzie po chwili do autobusu wszedł zollowiec i pyta się czy ktoś ma fajki do oclenia. Żadne z nas się nie przyznaje to wysiadamy i przyznajemy się do swoich bagaży, w których potem grzebią. Jest godzina 21, pierońsko zimno, a my stoimy w tym baraku dopóki nie rozbiorą i z powrotem nie złożą naszego autobusu w całość i nie pozwolą jechać dalej. A to chuje.
Ostatecznie wszystkim pasażerom, w tym także mnie, pilotce i kierowcom, było bardzo przykro i smutno kiedy patrzyliśmy na te sfrustrowane i złe twarze panów w zielonych uniformach kiedy stało się jasne, że niczego ciekawego nie uda im się u nas znaleźć, choć bardzo się starali i szukali niemal wszędzie. No może poza oponami. Nawet ci, których poprosili o paszporty do sprawdzenia, nie okazali się być poszukiwanymi groźnymi kryminalistami. Kierowcy zostało tylko dobić zollowców oryginalnymi niemieckimi papierami autobusu, których mieć nie musiał, bo nasze też są dobre.
Po kwadransie od zatrzymania byliśmy wolni, ale do autostrady już nas nie odprowadzono.
2 kwiecień. Jazda przez Niemcy była tak nudna, że większość trasy przespałem, o ile taki letarg w pozycji leżąco-zgiętej można nazwać spaniem. Postój na siku i fajkę zrobiono nam tylko jeden gdzieś w środkowo-zachodnich Niemczech. Ani jednego ani drugiego mi się nie chciało, więc wykorzystałem tę chwilę na rozprostowanie nóg i rozciągnięcie pleców, bo w pewnym momencie poczułem, że jeśli nie zrobię tego teraz to nie zrobię już nigdy więcej. Telefon mi nie powiedział gdzie dokładnie byliśmy, więc trudno mi było określić nasze położenie, ale według rozkładu zostało nam sporo drogi do celu. W Utrechcie mieliśmy być o 7:30, w Amsterdamie godzinę później, no a była 1:20. Kiedy ruszyliśmy jakimś cudem znów udało mi się zasnąć. Mniej więcej.
Obudziłem się przed czwartą i po chwilowej obserwacji rejestracji mijających nas samochodów doszedłem do wniosku, że opuściliśmy niemieckie landy i jesteśmy już w Holandii. Fajnie, ale nie sądzę, by podróż do Amsterdamu miała nam zająć jeszcze ponad cztery godziny, więc wolałem już nie zasypiać i obserwować sytuację. O 5:05 przycumowaliśmy w Utrechcie. Kobiecina siedząca obok mnie zaczęła się na głos zastanawiać co ona będzie tu robić o tej godzinie i czy syn bardzo się wścieknie kiedy go teraz obudzi. Poradziłem jej, że nie dowie się jeśli nie zadzwoni oraz zapewniłem, że ja jestem dobrej myśli. Kiedy wysiadła przestało mnie to interesować, bo moja własna sytuacja nie wyglądała lepiej, zwłaszcza, że ja nie miałem w Amsterdamie syna ani nikogo innego, do kogo mógłbym zadzwonić. Miałem tylko cień nadziei, że do Amsterdamu naprawdę jedzie się godzinę. Nadzieja prysła dwadzieścia pieć minut później kiedy wysiadałem na Amstelstation. Zabrałem bety, wyjąłem mapę i poszedłem szukać jakiegoś automatu z piciem, bo suszyło mnie niewiarygodnie. Oczywiście nic nie znalazłem ale za to dostałem holenderskie wydanie Metropolu. Świeżutkie, dopiero co wyjęte spod prasy drukarskiej. Holenderskiego nie rozumiem w najmniejszym stopniu, więc odłożyłem gazetę na dworcowy parapet i poszedłem szukać jakiejś ławki, by z pozycji siedzącej dokładniej przyjrzeć się swojej smutnej sytuacji.
Usiadłem sobie na przystanku autobusowym i zacząłem badać, w którym kierunku mam pójść. W liceum zarówno z matematyki jak i fizyki zawsze leżałem i jakimś cudem przeszedłem oba te koszmary mając same pały, ale zapamiętałem, że kierunek jest tak samo ważny co jego zwrot. Wiedziałem, że mam iść na północ. Z geografii, z której byłem o niebo lepszy, wiedziałem, że w takim wypadku słońce powinienem mieć po mojej prawej stronie. Jedynym problemem był fakt, że do wschodu zostało jakieś półtorej godziny. Rany, znowu znalazłem się o jakiejś dzikiej porze na jakimś dużym, wielkomiejskim dworcu w zupełnie obcym kraju. Czy ja jestem nienormalny?
Pogoda postanowiła nie umilać mi pobytu, bo nie dość, że było ciemno i zimno to zaczynało dodatkowo mżyć. Uznałem, że do hostelu dojdę w jakieś 45 minut, więc nie ma co się spieszyć, bo i tak z otwartymi rękami o tej porze witać mnie nie będą. Doszedłem po godzinie, bo udało mi się kilka razy zgubić. Przez chwilę zastanawiałem się nawet czy to ja mam złą mapę czy to oni sobie nowy kanał zbudowali. Wyszło na to, że to ja nie umiem czytać poprawnie map. Usprawiedliwiam się tym, że było po szóstej rano, a ja miałem za sobą prawie bezsenną i męczącą noc. O 6:40 dotarłem pod drzwi hostelu. Nie chciałem zbytnio zawracać im dupy, bo wiedziałem, że ani pokoju ani łóżka teraz mi nie dadzą, ale jakby dali mi tak z pół metra kwadratowego na moje bety to byłbym im wdzięczny do końca życia. Plakietka na drzwiach wejściowych głosiła, że otwierają o siódmej. Dobijać im się przecież nie będę, więc zająłem się poznawaniem najbliższej okolicy co ograniczyłem do poszukiwań jakiegoś sklepu spożywczego, ale kiedy go nie zlokalizowałem zająłem się podglądaniem śpiących w zoo flamingów. Naprawdę fascynujące.
W końcu udało mi się dostać co hostelu i zostawić manele. Było to pewnym sukcesem, bo schody prowadzące do recepcji na pierwszym piętrze są nie dość, że kręcone to jeszcze pod kątem 70-80stopni. Wchodziło się trochę jak po drabinie. Pan w recepcji trochę się zdziwił kiedy mnie zobaczył, ale problemów nie robił. Zaproponował za to, bym przed jedenastą mu się nie pojawiał. Poszedłem w miasto zrobić pierwszą ogólną inspekcję, tyle, że dla żartu albo głupoty zrobiłem to bez zabrania ze sobą mapy. W efekcie gubiłem się mniej więcej raz na dwadzieścia minut.
Pierwszą moją obserwacją były rowery. Wszędzie rowery. Dziesiątki, setki rowerów poprzypinanych, przywiązanych, przybetonowanych, przyspawanych do każdej latarni, każdego pręta, każdego mostku w mieście (kradną im te rowery na potęgę). Większość taka sama ale znajdują się kwiatki. Dosłownie kwiatki, bo niektóre właścicielki (właściciele pewnie też) ozdabiają swoje jednoślady w kolorowe wzorki, sztuczne kwiaty, misie, naklejki i inne wyróżniające je cuda. Nie powiem - wygląda to ładnie. Koło głównego dworca kolejowego znajduje się trzykondygnacyjny parking dla rowerów. Trzy poziomowy parking... U nas takich nawet na samochody nie budują. Nie wiem ile tych rowerów tam było, ale ja szacuję ich ilość na półtora tysiąca (google mówi, że pojemność tego parkingu to 2000). W ogóle rowerów w Amsterdamie jeździ ok. 600tys.
Druga obserwacja: wszyscy mówią po angielsku. O tym jak i o rowerach zdążyłem się dowiedzieć przed wyjazdem, ale to i tak była miła odmiana po Włoszech, gdzie w języku E.A.Poe'go nie mówi nikt i nawet się nie stara. Holenderski jest trudny, ale za to nieco podobny do niemieckiego i niektóre informacje na pomnikach i budynkach po części rozumiałem. Swoją drogą w Polsce dobrze być lektorem języka holenderskiego - konkurencja prawie żadna. Interesująca perspektywa zarabiania, ale chyba się nie skuszę.
Po kilku godzinach takiego krążenia wróciłem formalnie się zameldować i poznać mój nowy pokój, nowe łóżko i nowych znajomych. Pokój zastałem, łóżko również ale nowych znajomych już nie. Po krótkich oględzinach czteroosobowego pokoju stwierdziłem, że wzbogacę się o dwóch nowych kolegów. Zostawiłem plecak, odwiedziłem kibelek, cenne rzeczy pochowałem i poszedłem, już z mapą, podbić Amsterdam. Amsterdam się nie dał i szybko podbił mnie, bo nie udało mi się znaleźć niczego taniego do jedzenia. Jasne, że mogłem sobie kupić dwie bułki i dwie pomarańcze i wyszłoby mi to o niebo taniej niż obiad w jakiejś knajpie, ale nie przyjechałem tam jeść bułek i pomarańczy. Chciałem coś holenderskiego (poza bułką z serem). Szybko zacząłem się jednak irytować, bo większość restauracji i knajp z żarciem w centrum jest albo chińska albo tajska albo wietnamska, a ja nie chciałem poznawać kuchni ani chińskiej ani tajskiej ani wietnamskiej. Gdybym chciał to pojechałbym do Chin, Tajlandii albo Wietnamu, ale przyjechałem do Holandii i chcę coś holenderskiego. Ostatecznie obiad zjadłem w jakiejś argentyńskiej knajpie, do której zwabił mnie właściciel i kelner w jednym o bardzo latynoamerykańsko brzmiącym imieniu Dimitrij. Nawet odbyłem z nim krótką rozmowę:
-Skąd jesteś?
-Z Polski.
-Ooo... aaaa... eeee...yyy...hmm...uuuu... Do pracy czy co?
Tak czy owak znacznie bliżej mi do Argentyny niż do wschodniej części Azji (chciałbym kiedyś zobaczyć środkową no i Japonię).
Koło osiemnastej znów znalazłem się w okolicy Nieuwmarkt skąd miałem piętnaście minut drogi do hostelu ale też mogłem zostać i się pokręcić po centrum. Uznałem, że jak wrócę, wezmę w końcu prysznic i dam kręgosłupowi chwilę wolnego to świat ani plan wycieczki mi się nie zawali. W pokoju zastałem Jasona z Irlandii, który czytał Zbrodnię i Karę. Nie należał do zbyt rozmownych ludzi i szybko się zmył, także nie pogadaliśmy za wiele. Wziąłem prysznic, wypiłem piwo i zacząłem czytać książkę przy akompaniamencie Hocico, a na miasto wróciłem koło 20.
Mówią, że Amsterdam najpiękniejszy jest po zmroku i chyba faktycznie tak jest, bo ten za dnia nie spowodował, że zacząłem się dusić z wrażenia, chociaż udało mi się znaleźć kilka interesujących zakątków, które zdobyły moje serce i stały się moimi ulubionymi. Może gdyby ciągle nie mżyło, było trochę cieplej i słoneczniej wszystko wyglądałoby lepiej, no ale tak nie było. Wieczór w każdym razie był mój.
Na Nieuwmarkt znajduje się budowla wyglądająca jak miniaturowy zamek a nazywa się Waag. Z tego co wyczytałem w średniowieczu pełniła funkcję bramy wjazdowej do miasta, a na dzień dzisiejszy pełni funkcje głównie gastronomiczne. Dla mnie jednak była przede wszystkim punktem orientacyjnym w mieście: stojąc twarzą skierowaną na północ miałem za sobą prostą drogę do hostelu; idąc wzdłuż kanału na wprost doszedłbym prosto na dworzec, po prawej wiele ciekawego nie było, bo wszystko co ciekawe było po lewej: Plac Dam, Ratusz vel Pałac Królewski i Noorderkerk i trochę dalej Westerkerk z wieżą widokową z wstępem 6euro od twarzy. Pomiędzy tym wszystkim znajduje się Red Light District oraz Oude Kerk będący w samym jej środku. Kościół swoją drogą, ale będąc w Amsterdamie nie mogłem sobie odmówić dłuższego wieczornego spaceru między uliczkami w tamtej okolicy. Nawet nie będę próbował oszukiwać i nie napiszę, że mi się tam nie podobało. Brytyjska wycieczka ze średnią wieku 80 również nie narzekała. Strach pomyśleć co by się działo, gdyby trafiła tam wycieczka równolatków znad Wisły.
Proponowanymi rozrywkami zainteresowany nie byłem ze względu na własne zasady i trochę na finanse. Na którymś z podróżniczych for wyczytałem, że taka zabawa kosztuje 50euro. Sam nie pytałem, ale kilkakrotnie usłyszałem tę kwotę na ulicy i w knajpie, także przyjmuję ją za prawdziwą. Taka usługa sama w sobie może być fajna, ale prawdę mówiąc znam lepsze powody na wydanie takiej kwoty w kilka minut (albo i mniej). Inna ciekawostka (chyba nawet bardziej przydatna, przynajmniej z mojego punktu widzenia), którą znalazłem na forum dotyczyła okien z niebieską poświatą w tle: tam jest facet. Nie ważne jak fajne ma cycki i jak się rusza - to jest facet. Ja takich okien nie widziałem i raczej nie żałuję i choć zamierzam Amsterdam jeszcze kiedyś odwiedzić to niekoniecznie chciałbym te zaległości nadrabiać. W Dzielnicy Czerwonych Latarni oficjalnie nie wolno robić zdjęć, ale z tego co wyczytałem jak ktoś zrobi to sie nic nie stanie, niemniej wszędzie czuwają tacy, którzy bardzo chętnie przypomną takiemu niesfornemu fotografowi, że nie wolno i żeby nie robić mu wstydu zrobią to w jakiejś małej uliczce pozbawiając go aparatu razem z portfelem i telefonem, by się nauczył na przyszłość, że przepisów łamać się nie powinno.
Jedni uważają to za straszną degenerację i zdziczenie obyczajów, drudzy za najlepszą rozrywkę i miejsce na świecie, jeszcze inni, w tym ja, za ciekawostkę wartą zobaczenia na własne oczy. Osobiście wolę mijać ładne, stojące i gibające się w oknach dziewczyny od dziesiątków sklepów z duperelami jak jest to na przykład w Pradze. Dla zainteresowanych: pluszowe kajdanki kosztują od 14 do 20euro. Skórzane nieco mniej.
3 kwiecień. Irlandczyk pojechał rano natomiast drugie łóżko okazało się gościć Polaka z Manchesteru, któremu jak się potem okazało na chrzcie dano na imię Rafał. No cóż, nie będzie darmowych korepetycji z angielskiego. Przed dziesiątą poszedłem poznać to czego nie udało mi się nawet zobaczyć dnia poprzedniego. Najpierw chciałem zobaczyć z bliska co to jest to Nemo, które z daleka wygląda jak tonący kontenerowiec. Po obejściu całości uznałem, że nie warte to zachodu, bo ani technika ani żeglarstwo mnie nie interesuje. Obok stoi jakiś stary statek (szkuner?) ale i on nie zdobył mojego serca. Zrobiłem kilka zdjęć i poszedłem dalej oglądać kanały. Mimo, że mapę miałem cały czas przy sobie to co chwilę musiałem się na nowo odnajdywać i zadawać sobie pytania Czy ja już tu byłem? Czy te domki już widziałem? Czy przez ten mostek przechodziłem? Gdzie ja w ogóle jestem?? Na szczęście wszystko jest dość dobrze oznaczone i jakoś się odnajdywałem w tym labiryncie. W takich bólach spacerowym tempem doszedłem do Muzeum van Gogha. W pierwotnym planie była opcja zwiedzania wnętrz ale ostatecznie ją porzuciłem. I teraz jest dobra chwila na małą dygresję. Jako turystę najbardziej interesuje mnie poznawanie nowych miejsc oraz sam fakt obserwowania jak zostawia się za sobą dziesiątki i setki kilometrów. Lubię te nowe miejsca przemierzać spacerowym tempem i się w nie wsłuchiwać dopóki nie znajdę tego charakterystycznego dźwięku. W Rzymie (w ogóle we Włoszech) są to motorynki i klaksony, w Amsterdamie jadące rowery i dzwoniące dzwonki, w Wiedniu brzęk filiżanek w kawiarniach przy Kartnerstrasse. Jeśli nie ma nic charakterystycznego obserwuję jakim tempem toczy się życie. Oglądam architekturę i oceniam jej funkcjonalność. Bawią mnie niuanse kulturowe. Chcę wiedzieć dlaczego tak, a nie inaczej. Za to nie interesują mnie muzealne zbiory, choćby nie wiem jak cenne, stare i według przewodników konieczne do zobaczenia. Nie byłem nigdy w Paryżu, ale jeśli kiedyś mnie tam zawieje to najprawdopodobniej Luwr ze swoimi skarbami nie zajmie pierwszego miejsca na mojej liście atrakcyjnych miejsc. Wyjątkiem jak dotąd jest wnętrze Kaplicy Sykstyńskiej.
Po zrobieniu wystarczającej ilości zdjęć okolicy poszedłem znaleźć jakiś tani obiad. Udało mi się to dopiero parę ulic dalej na Utrechtsestraat w jakiejś hiszpańskiej knajpie, której ściany i sufit zdobiły wydrapane podpisy gości z całego świata. Fajny pomysł. Szkoda, że dla siebie już nie znalazłem miejsca. No może poza sufitem, więc się nie fatygowałem. Miałem za to okazję pochwalić się moim hiszpańskim jednak szybko ograniczyłem się tylko do por favor i muchos gracias. Po obiedzie, okrężną drogą, wróciłem do centrum po jakieś bzdety. W Amsterdamie spodobało mi się to, że w każdym sklepie z pamiątkami można znaleźć coś nowego. Ogromna większość rzeczy naturalnie się powtarza, ale warto trochę pokrążyć, bo czasem uda znaleźć coś ładnego czego nie ma nigdzie indziej. Niestety tak jak w pozostałych popularnych miastach większość tych bzdetów to straszna tandeta i syf. Na dodatek nie wszędzie ceny są takie same i można się naciąć na parę euro.
Wróciłem z tym wszystkim do hostelu, gdzie stwierdziłem, że ilostan ludzi w pokoju zwiększył się o dwie osoby płci odmiennej od mojej. Obie śpiące. Nie chciałem przeszkadzać, zwłaszcza, że pokój nie był wielkości apartamentu, więc schowałem pierdoły do plecaka, co mogłem to załatwiłem i poszedłem dalej zdobywać miasto. Kiedy wróciłem po kilku godzinach moje podejrzenia co do płci nowych osób potwierdziły się, bo obie dziewuszki były się obudziły i obecnie podejmowały starania doprowadzenia się do porządku. Po krótkiej wymianie zdań dowiedziałem się, że jednej na imię Stevie a pozostałej Christina i obie są z Australii ale mieszkają w Londynie. Akcentu brytyjskiego na szczęście nie posiadały, ale poza tym bardzo wsiąkły w brytyjską kulturę i stały się stuprocentowymi, stereotypowymi Brytyjkami jadącymi na chipsach, coli, upijaniem się na imprezach, bekaniem i wszystkim tym z czym kojarzą się mieszkanki Wysp.
Po dziewiątej dziewuchy poszły imprezować. Wcześniej sam skoczyłem do najbliższego monopolowego (jakiś kilometr) po piwo i jakąś kolację i wróciłem do książki, którą zacząłem jeszcze w autobusie. Będąc w sklepie odkryłem, że mają tam prawdziwą Żubrówkę. Cena trochę straszna, ale mają.
4 kwiecień. Szybko mi to minęło. Wstałem o dziewiątej, wziąłem prysznic i poszedłem na śniadanie. Po powrocie pożegnałem się z wszystkimi z tymi na kacu i z tymi bez i poszedłem się wymeldować. Miałem możliwość zostawienia plecaka i wrócenia po niego popołudniu, ale uznałem, że hostel leży mi tak wybitnie nie po drodze, że wziąłem go ze sobą (plecak, nie hostel). Poszedłem tam gdzie jeszcze mnie nie było i gdzie tak jak wszędzie w Amsterdamie ciągle się gubiłem i po chwili odnajdywałem. Po dwunastej poszedłem do knajpy koło Westerkerk na małe piwo i coś do zjedzenia. Wybór był dość spory ale ostatecznie wziąłem coś co nazywało się Dutch Hamburger i choć było małe to smakowało genialnie. Nie zawierało jakichś tajemnych i niesamowitych składników, ale po prostu zostało świetnie przyrządzone i podane. Podejrzewam, że nie szybko będzie mi dane jeść hamburgera nożem i widelcem. Kolejną świetną rzeczą w Amsterdamie są niewielkie budki, coś podobnego mieli w serialu Allo Allo, gdzie można się spokojnie odlać i nie trzeba szukać McDonald'sa, krzaków czy publicznych WCtów gdzie za siku płacimy 50centów. Opcja raczej tylko dla facetów. Mniej ciekawą rzeczą są śmieci zalegające na chodnikach przed kamienicami. Jest tam wszystko: kartony, worki, rozkładające się odpadki, butelki... Wątpię, by Holendrzy byli narodem kochającym syf, zwłaszcza, że te góry dość szybko znikają w śmieciarkach, i raczej skłaniałbym się ku koncepcji, że mieszkając w tych ślicznych, wąziutkich i malutkich kamieniczkach nie mają większego wyboru jak wywalać to wszystko przed drzwi, bo te domki nie mają podwórza jakim my go znamy i gdzie trzymamy swoje kontenery na odpadki. Tak czy owak są miejsca gdzie aż ciężko przez to wszystko przejść.
O drugiej znalazłem się na Centraale Station, a równo 29 minut później, tak jak w rozkładzie, na lotnisku Schiphol. Lot miałem zaplanowany na 20:05, więc te pięć i pół godziny to aż nadto na zaboardowanie się na pokład, ale zdecydowałem się na taki krok z trzech powodów: Po pierwsze nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z tak wielkim lotniskiem i nie byłem pewien czy się na nim odnajdę. Po drugie: nie miałem wiele do roboty, a książkę mogę czytać tak samo dobrze na lotnisku jak na placu Dam czy gdziekolwiek indziej w mieście pod warunkiem, że będzie ciepło i sucho - a nie było. Po trzecie: leciałem z Centralwings. Ten trzeci punkt będzie miał swoje rozwinięcie w dalszej części.
Jak napisałem nigdy wcześniej nie byłem na tak dużym lotnisku, a Schiphol to czwarte pod względem wielkości lotnisko Europie i jedenaste na świecie. Pod względem ilości odprawianych pasażerów jest trzecie w Europie. Przed nim są pewnie Heathrow i Frankfurt (albo de'Gaulle'a). Jak widać - spore. Co więcej to miał być dopiero mój trzeci lot w ogóle i na dodatek tym razem leciałem sam. Trochę się obawiałem czy przypadkiem czegoś nie spieprzę i nie odprawię się do jakiegoś Mozambiku czy Iranu, ale kiedy już znalazłem się na lotnisku te obawy zupełnie zniknęły. Wszystko było bardzo jasno i czytelnie opisane i zgubić się nie dało choćbym bardzo chciał. Znalazłem ekrany z odlotami i zlokalizowałem Kraków. Hall 3, stanowisko 29, bramka M. Proste. Dochodziła trzecia po południu, także nakład czasu miałem ogromny. Wiele do roboty nie miałem, więc kiedy zlokalizowałem wszystkie powyższe wytyczne przycupnąłem na krzesełkach i wróciłem do swojej książki. Długo jednak nie wysiedziałem, bo przy opisie jedzenia sałatki przez dwójkę bohaterów (na trzech w ogóle) na jakiejś greckiej wyspie przypomniałem sobie, że sam bym coś zjadł, bo mój głód jest już tak duży, że chyba go widać i macha przechodzących osób. Piętro niżej znalazłem BurgerKinga i tam się zapchałem, bo najbardziej optymistyczna wersja zdarzeń przewidywała kolację dopiero w okolicach 23-23:30.
Na tablicach nic się nie zmieniło - Kraków 3,29,M. Wróciłem więc na krzesełka i do swojej książki. Koło 18:30 poszedłem odprawić się totalnie, ale wcześniej chciałem zobaczyć, czy coś się przypadkiem nie zmieniło. Lecę Centralwings, czyli wszystko jest możliwe. I było, Delayed - 20:50, bramka D62. D62? Gdzie to w ogóle jest? Po przejściu calutkiego lotniska w końcu znalazłem punkt odprawy totalnej, a po jakiejś godzinie stania znalazłem się przy mojej bramce. Tam poinformowano mnie, że lot jest opóźniony (jakbym sam nie zauważył) i bym czekał na dalsze informacje. No to czekam. Książkę skończyłem jeszcze siedząc przed bramką M, więc w ramach zagospodarowania wolnego czasu zająłem się oglądaniem jak się ludzie ładują do KLMów, AirFranceów, LOTów i innych Lufthansów. O 20:20 jakiś krajan poszedł się spytać, czy skoro jeszcze nie ma naszego samolotu to czy na pewno zdążymy się załadować na tę 20:50 na co odpowiedź otrzymał: Nie, nie zdążycie państwo, bo samolot, na który czekacie jeszcze nawet nie wylądował i w przeciągu najbliższych 15 minut raczej tego nie zrobi (to całkiem nowe połączenie, samolot wyleciał trzy dni temu i jeszcze nawet nie wrócił). Super, przed sobą miałem perspektywę gapienia się na samoloty za oknem przez kolejną godzinę. Szkoda tylko, że żaden z nich nie był tym, na który czekałem. To miał być mój trzeci lot i wszystko wskazywało na to, że i ten będzie już po zmroku. A tak bardzo chciałem polecieć kiedy będzie jasno.
W końcu przyleciał. W końcu ludzie się wyładowali (to trwało jakieś dodatkowe pół godziny, bo jakaś babcia się stawiała). W końcu nas wpuścili do rękawa. W końcu zajmujemy miejsca, ale to ja zostałem zwycięzcą dnia, bo tylko w moim rzędzie nie było okien. Stąd płynie nauka na przyszłość: kiedy pani grzecznie się pyta czy chcemy miejsce przy oknie odpowiadamy yes please, I'll be grateful a nie whatever. Sam (nie)chciałem to (nie)dostałem. Niemniej bardziej od dostępu do okna pragnąłem znaleźć się już w powietrzu, ale nie mieliśmy pozwolenia na start. To stoimy. I stoimy. I stoimy. Gorąco się robi. Stoimy dalej. Dobrze, że to wieczór w Amsterdamie, a nie południe w Madrycie. Stoimy dalej. Zacząłem wysyłać esemesy do znajomych, w których żaliłem się na swoją marną sytuację i w końcu dokładnie o 22:08 nastał prawdziwy cud i wystartowaliśmy z czego ja przy dźwiękach Chant for Eschaton 2000 Behemotha. Ten utwór wydał mi się najodpowiedniejszy na ukojenie swojej frustracji.
W samolocie przede mną siedziała para, która leciała do Polski na ślub znajomych po czym wracała tymi samymi liniami do Amsterdamu. Chciałem ich trochę podeprzeć na duchu oznajmiając, że ja mam zarezerwowane jeszcze dwie przygody z tymi liniami, ale ostatecznie zrezygnowałem. Poza tym lot jak każdy inny; siedzimy, nic się nie dzieje, nuda.
Godzina 23:54: Samolot dotyka płyty lotniska w Balicach.
Godzina 0:01: Wsiadam do autobusu linii samoloty - terminal.
Godzina 0:06: Jestem się w punkcie odbioru bagażu.
Godzina 0:10: Odjeżdża ostatni szynobus do centrum.
Godzina 0:13: Wyszedłem z budynku MPL Kraków-Balice.
Zadzwoniłem do rodzicielki i oznajmiłem, że żyję i jestem w stanie podobnym do tego sprzed wyjazdu, a w zamian dowiaduję się, że szwagier nie może po mnie przyjechać, bo walnął browarka do snu i choćby na pewno bardzo chciał to nie da rady. Kolejną myślą było zadzwonienie do Juriusza z prośbą o pomoc, bo w końcu mieszka stosunkowo blisko, ale po chwili uznałem, że w tym kierunku w piątek wieczór wiele nie zdziałam, więc odpuściłem. Do Pawła też nie dzwoniłem, bo choć jego dom i lotnisko dzieli od centrum miasta podobna odległość, to strony świata są niestety przeciwne. Nie mając większego wyboru skorzystałem z usług rodzimych taksówek za co zapłaciłem fortunę. Mam paragon z tej wycieczki, ale nie sądzę, by udało mi się coś nim zwojować.

Pojutrze powtórka z imprezy. Trochę się zastanawiam po co ja w ogóle do tych Włoch lecę skoro do Włochów jestem niemało uprzedzony, ale z drugiej strony bardzo bym żałował gdybym się na ten wyjazd nie zdecydował. Kolejny kontakt z Centralwings trochę niepokoi, ale mimo wszystko jestem dobrej myśli, chociaż jaja już są, bo przesunęli lot z 14:45 na 9:30 nic o tym nie powiadając, no bo po co. Z infolinią nie da się połączyć, a poza potwierdzeniem tego co zobaczyłem w Internecie chciałbym się dowiedzieć, kiedy w końcu przeleją mi pieniądze za anulowany pierwszy lot.
Nie życzę im źle. Naprawdę chciałbym, żeby stanęli na nogi i zaczęli świadczyć usługi na przyzwoitym poziomie, ale skoro nie potrafią wyjść z twarzą do klienta/pasażera to wątpię, by im się to udało. Cieszy mnie, że od połowy czerwca uruchamiają połączenie z Dubrovnikiem, gdyż od dwóch lat mam w planie zwiedzenie południa Chorwacji oraz Czarnogóry, ale jeśli Centralwings znów będzie robił jaja, to wybiorę alternatywną formę podróży. Wszystko zależy też od ceny, bo omawiane linie lotnicze chcą być nazywane tanimi, kiedy tak naprawdę takimi nie są. Dla przykładu taniej mi jest polecieć do Barcelony z Wiednia (łącznie z transportem tam i z powrotem) niż z Krakowa.
Do poniedziałku jestem we Włoszech, a od czwartku przez dziesięć dni siedzę na Słowenii. Trochę sporo jak na kraj wielkości Mazowsza, niemniej sporo o nim czytałem i chcę go empirycznie przewrócić na lewą stronę, bo tylko takie zwiedzanie i poznawanie ma sens.
A następnie... pewnie praca, może jakieś studia, może nawet emigracja do Hiszpanii. Trochę za wcześniej, by się nad tym zastanawiać już teraz.

09.04.2008

Komentuj (6)




Join the Blue Ribbon Online Free Speech Campaign