księga
sznurki
powered by Ownlog.com & Fotolog.pl
Proust (r.2003)
Blog Directory
o mnie
gg
icq
poczta
krakowski
-----
last.fm
myspace
deviantart
Youtube
Woophy
Ann
Bina
Edith
Juriusz
Marla
Mroo
Wizjomarek
archiwum w PDF 03.04.03 - 27.03.08
2008 czerwiec maj kwiecień marzec
|
W rozkroku
Dziś krótko i tak trochę chaotycznie; trochę z nudy, trochę z frustracji wynikającej z konieczności zostania w domu i stąd to wszystko będzie takie ni przypiął ni przyłatał.
Pracy jak nie było tak nie ma. Czasem nawet oddzwaniają i umawiają się na rozmowy, ale warunki jakie mi proponują bywają nie do przyjęcia. Może i marudzę, ale ja naprawdę nie mam wygórowanych żądań, niemniej praca typu wynieś, zanieś, posprzątaj za jakieś śmieszne pieniądze mnie nie interesuje. Są momenty kiedy poważnie zastanawiam się nad złożeniem swojego CV do KFC i wyjazdem na zimę do Hiszpanii. Podobno tam źle wcale nie jest (i KFC i w Hiszpanii). Przynajmniej mam ubezpieczenie. Chociaż to.
Festiwale takie jak Sopot czy Opole to najczęściej straszne dno i pięć metrów mułu. Wszyscy z produkcji o tym wiedzą i dlatego na koniec męczarni (widzów i swojej) dają kabarety, które ja osobiście zawsze bardzo lubię, gdyż wypadają świetnie i lepiej. Na ogół.
Rok lub dwa lata temu przed którymś z festiwali pojawiła się plotka jakoby ówcześni rządzący nakazali kabaretom tam występującym, by te wstrzymały się od żartów politycznych, bo będzie tego już. Wtedy bardzo mi się to nie spodobało, gdyż w moich oczach zeszły rząd przegiął pałę wystarczającą ilość razy i więcej naprawdę nie musiał. Ostatecznie nigdy się nie dowiedziałem czy to była tylko plotka czy faktycznie ktoś na głowę upadł w każdym razie wszyscy się ładnie wymigali i sprawy nie było. Nawiązuję do tego gdyż dziś dane mi było oglądać tegoroczny opolski kabareton i podczas gdy część była świetna to ta pozostała tragiczna. Rozumiem, że sporo ludzi lubi pośmiać się z aktualnych wydarzeń, ale przeplatanie prawie każdego skeczu czyimś nazwiskiem czy, jeszcze lepiej, cytatem jest już mało zabawne. Gdyby ktoś teraz wysunął propozycję, by kabarety dały sobie siana z polityką to wziąłbym to za chęć obrony dobrego humoru, a nie że w dzieciństwie miał zabawki poprzykręcane do podłogi. Opcja polityczna co prawda się zmieniła ale w tym wypadku to nie ma znaczenia. Naprawdę. Swoją drogą nasi wybrańcy z wszystkich opcji dostarczają tyle materiału, że już nawet Mrożek musiał wyjechać. Zapytany kiedyś o to dlaczego już nie pisze tyle co kiedyś odpowiedział, że musiałby się ciągle śmiać, a on sam śmieje się tylko od czasu do czasu. Najwidoczniej i to od czasu do czasu było za często.
Jutrzejsze Wianki planuję sobie podarować, bo choć Jamiroquai'a bardzo chciałbym zobaczyć (+Smolik i Novika, więc w ogóle super) to całe to tandetne festyniarstwo, papierowe wianki na głowę, wesołe miasteczko z gumowym zamkiem, kiełbachy pod figurą smoka, prażone orzechy ze słodyczami Haribo, nachlani gimnazjaliści świętujący koniec szkoły oraz cały ten syf skutecznie mnie odstraszają. Z drugiej strony jak nie pójdę to będę żałował, bo dziś jestem uziemiony, a wyszykowała się moja ulubiona impreza na Kazimierzu. I tak od zawsze w rozkroku.
20.06.2008
Komentuj (9)
Slovenia on my mind. Cześć 3.
Mając promila we krwi i będąc po seansie z Good Bye, Lenin! chyba mogę spokojnie wrócić sobie do słoweńskiej odysei, którą ostatnio przerwałem.
Wtorek przesiedziałem w hostelu. Padało, ja nie czułem się wybitnie dobrze, jadłem jakieś podłe kanapki ze Spar'a, poznawałem ludzi i dawałem się napastować Koreance Yun/Jun. Kiedy się przejaśniło poszedłem na spacer, a że mieszkałem niemal w samym centrum Lublany to trafiłem do jakiejś księgarni. Tam sprawdziłem co można wyczytać o Polsce w zagranicznych przewodnikach (ciekawostka: obrys Krakowa bez Nowej Huty) oraz, po przejrzeniu kilku pozycji, zacząłem się zastanawiać nad poziomem czytelnictwa na Słowenii. O ile dobrze się orientuję książka Secret autorstwa Rhondy Byrne w Polce kosztuje niecałe 30zł. Okazuje się, że na Słowenii cena tej samej książki jest bardzo zbliżona, tyle że waluta inna. Pozostałe pozycje również w chorych cenach. Tyle, jeśli chodzi o wtorek kiedy odpoczywałem i nabierałem sił na środę.
Przy kupnie biletów pani w okienku powiedziała mi, że ten pociąg co prawda do Kopru jedzie, ale tak w zasadzie to nie do końca, bo będę musiał sie przesiąść do autobusu w Divacy i żebym się o nic nie martwił. Okazało się, że pani miała racje i wszystko było przeprowadzone szybko i sprawnie, a ja miałem okazję poznać trochę słoweńskich autostrad jakich my nigdy mieć nie będziemy. Mniej więcej o czasie znalazłem się w Koprze - małym słoweńskim miasteczku nad Adriatykiem. No, zatoką. Planu miasta nie miałem żadnego, ale po znakach drogowych zorientowałem się w którą stronę mam iść by zobaczyć centrum, a potem morze. Koper przez wieki przechodził z rąk do rąk ale główne wpływy w architekturze są oczywiście włoskie. Nawet nazwa jest podwójna: Koper/Capodistria. Dla mnie sprawa fenomenalna, bo choć wszędzie pełno włoskich akcentów to prawie znikoma ilość Włochów.
Doszedłem do centrum. Tam zlokalizowałem Pałac Pretorów (chyba muzeum, ale nie wchodziłem), pałac Loggia (w remoncie, atrakcja zerowa) oraz wieżę (chyba) katedry, na którą można wejść i oglądać panoramę miasta ale tylko w piątek, sobotę i niedzielę, no a była środa. Znowu rozminąłem się punktem widokowym i to nie pierwszy raz. Zrobiłem zdjęcia i poszedłem zlokalizować morze. Przyszło mi to dość łatwo, ale kiedy doszedłem do miejsca skąd zobaczyłem wodę, to przyszło mi się załamać, bo Słoweńcy, nie wiedzieć czemu, w samym centrum miasta wywalili dwa dziesięciopiętrowe bloki. Na miejscu to tak bardzo nie widać, ale kiedy ogląda się miasto z trochę większej odległości to widok jest spaprany. Ostatecznie oni też mieli ten fajny system, w którym nikt się nie przejmował i sadził bloki gdzie się dało.
Jako, że ostatni raz morze widziałem przed pięciu laty i był to Bałtyk w Gdańsku, postanowiłem spędzić nad wodą tak długo czasu jak to tylko możliwe. Niechcący wyszedł mi z tego spacer do Izoli, miasta położonego kilka kilometrów na południe od Kopru. Pomysł trochę rozmijał się z logiką, bo zamiast tego sporego spaceru mogłem przetransportować się do Piranu, który jest perełką wybrzeża Słowenii i go nie zobaczyć to jak przegrać życie. Przynajmniej mam powód by tam wrócić. Poza tym i tak postanowiłem, że kiedyś się tam przeniosę, to będę go odwiedzał ile tylko będę chciał. Tak czy owak mogę też powiedzieć, że zobaczyłem Triest, choć z odległości jakichś dwudziestu kilometrów. Do Kopru wróciłem już autobusem. Myślałem też o autostopie, ale autobus na przystanku był pierwszy, więc nie marudziłem. W Koprze kupiłem sobie pamiątki (tam również bida pod tym względem) pod postacią przypinki z godłem Kopru, które nosze teraz na plecaku oraz taki sam wynalazek z flagą Słowenii, obecnie przypiętą do portfela. Kiedy mi go ukradną właśnie jej będzie mi najbardziej żal.
Dzień minął mi niespodziewanie szybko i równie szybko musiałem zbierać się znad wybrzeża na dworzec. Do końca nie wiedziałem czy będę wracał autobusem do Divacy, a stamtąd pociągiem do Lublany, czy też mam bezpośredni transport. Chciałem spytać na dworcu ale tam oczywiście głucha cisza i zero żywej duszy w okolicy. Super. Po dłużej chwili udało mi się jednak wytropić jakiegoś konduktora, który wskazał mi pociąg, który zmierzał bezpośrednio do Lublany.
W Koprze, jak i w ogóle na słoweńskim wybrzeżu, zostawiłem kawał swojego serca i jestem przekonany i zdeterminowany, by kiedyś tam wrócić je odwiedzić. Podczas wszystkich moich samotnych wycieczek tylko tam naprawdę mi brakowało kogoś do towarzystwa. To chyba dowód na to, że to jest to miejsce gdzie naprawdę chciałbym być. Od tamtego czasu chodzą po głowie mi myśli czy nie olać tu wszystkiego i przenieść się gdzieś w tamte rejony, jednak zaraz potem dobija mnie rzeczywistość, bo przecież nie znam ani słoweńskiego ani włoskiego i mógłbym tam co najwyżej prowadzić życie menela, a to się mija z celem.
Po powrocie w hostelu zastałem tylko Kathrenne i jej koleżankę. Zbyt wielu zdań nie zamieniliśmy, bo spały, więc wziąłem tylko piwo z lodówki (tak, w pokoju miałem lodówkę), książkę z łóżka i poszedłem do mainroomu. Szybko wróciłem spać, bo następnego dnia czekała mnie przeprowadzka do innego hostelu.
Hostel, w którym spędziłem siedem nocy nazywał się Hostel Simbol Castle. Kolejne trzy noce miałem zarezerwowane w Hostel Simbol leżącym już niestety nieco dalej od centrum, ale za to bliżej sklepu InterSpar skąd odjeżdżał mój autobus do Polski. O jedenastej pożegnałem się z Brytyjkami po czym poszedłem do mainroomu się wymeldować oraz pożegnać z Matteo, Naną (prawdę mówiąc nie wiem jak naprawdę miała na imię, ale tak na nią wołali) i Stefanem z recepcji. Przejście z jednego hostelu do drugiego zabrało mi nieco ponad czterdzieści minut. Tam, czego się spodziewałem, nie zastałem nikogo, więc zadzwoniłem z radosną wiadomością, że jestem i czekam tu na kogoś. Odebrał jakiś gość, który oznajmił, że będzie do pięciu minut. Przyjechał po trzydziestu i okazał się to być Matteo. Kilka dni wcześniej od Stefana dowiedziałem się, że ten drugi Simbol jest również ich (zdziwiłbym się gdyby nie), ale już nie dowiedziałem się kto go konkretnie prowadzi. Co do samego hostelu to ten był jeszcze w budowie i choć pokoje są zrobione to w recepcji znajduje się głównie powietrze i gruz.
Załadowałem się do Golfa i pojechaliśmy z powrotem na Petkovskovo nabreje, gdzie mogłem na powrót zająć swoje stare łóżko. Mnie to było na rękę, za to mina Brytyjek po moim wejściu bezcenna. Szkoda, że tego dnia mnie opuszczały na rzecz jednej Koreanki (Lai/Lan czy jakoś tak, niestety mój europejski umysł nie zdołał tego wyłapać) i trzech Arabów. Resztę dnia spędziłem na zwiedzaniu północnej części miasta gdzie tak na dobrą sprawę nie ma nic ciekawego, ale za to mogę powiedzieć, że Lublanę przeszedłem już wzdłuż i wszerz. Wieczorem siedziałem w mainroomie i oglądałem z resztą Piąty Element. Po chwili przyszła jakaś Koreanka (w ogóle z pół Korei tam siedziało) i zapoczątkowała taki oto dialog:
-Co oglądacie?
-Piąty Element.
-A o czym to?
-Nie widziałaś tego filmu?
-Nie, w ogóle nie kojarzę.
-Ale Jovovich znasz?
-Kogo?
-Tę pomarańczową...
-...
-A Willisa?
-...
-No... Szklana Pułapka, Pulp Fiction?
-Przepraszam, naprawdę nie znam.
Podejrzewam, że to był krytyczny wyjątek i znajomość podstawowej kinematografii w Korei jest nieco wyższa. Powyższych przykładów można nie lubić, ale nie zdarzyło mi się spotkać osoby, która choćby o tych filmach nie słyszała. U nas jest to wybitnie trudne, skoro John McClane ratuje świat w każde święta.
Arabowie te filmy znali i chcieli potem iść na piwo. Nie dałem się namówić ze względu na porę no i brak chęci zwiedzania Bledu i okolic na kacu. Przecież wiem, że na jednym by się nie skończyło.
Bled jest mały miasteczkiem leżącym nad jeziorem - tu niepodzianka - Bled. Miejscowość sama w sobie jest raczej brzydka i nieciekawa, zwłaszcza pod względem zabudowy przy brzegu jeziora. Jak wspomniałem wyżej władza u nich niewiele różniła się od naszej i podobnie jak u nas architektura tamtego okresu nie zachwyca. Pociągiem dojechać się tam nie da, ale za to jest całkiem dobra sieć autobusów. Podczas drogi zapuściłem sobie infktd (chyba najbardziej porąbana rzecz jaką przyszło mi słuchać w ostatnim czasie, za to dobrze się przy tym podróżuje. Zainteresowanych odsyłam na last.fm po darmowe próbki), ale jak już gdzieś wspomniałem mój mp3player miał taką śmieszną wadę, że kiedy go się nie ułożyło w odpowiedniej pozycji to ciężko było czegokolwiek słuchać. Niestety, w przeciwieństwie do autostrad, drogi słoweńskie nie są dużo lepsze od naszych (przynajmniej ta do Bledu, innych nie sprawdzałem) i wiele nie posłuchałem, bo grajpudełko podskakiwało razem ze mną. Z książką problemów nie miałem, gdyż jestem już zaprawiony w bojach na krakowskich ulicach, a w szczególności Pilotów, którą pokonuję dzień w dzień tam i z powrotem. Nie byłem też jedynym turystą w autobusie, więc nie musiałem się martwić o to, że gdzieś źle wysiądę. Bardziej martwiło mnie niebo i to co się na nim działo, a nie wyglądało to najlepiej, zwłaszcza, że z Bledu chciałem podejść nad jezioro Bohinj, gdzie nie jest tak kurortowo i mega turystycznie jak w Bledzie. Trafiłem dobrze z czasem, bo przed w pół do jedenastej wokół jeziora było jeszcze mało ludzi nie mówiąc już o tym, że była to połowa tygodnia w kwietniu. Postanowiłem obejść jezioro dookoła i zobaczyć czy warto było tu przyjechać. W przewodniku wyczytałem, że Bled leży u stóp Alp Julijskich i ich ośnieżonych szczytów. Kwiecień jeszcze sprzyja ośnieżeniu, co było mi dane oglądać dwa tygodnie wcześniej z wysokości dziesięciu tysięcy metrów, ale w Bledzie coś nie mogłem ich dostrzec, dopóki gdzieś po drodze nie obejrzałem się za siebie i niemal zaniemówiłem. Morze bardzo lubię i zawsze robi na mnie spore wrażenie, nawet Bałtyk, ale góry kocham i gdy zobaczyłem widok za moimi plecami to ugięły się pode mną kolana. Pożałowałem nawet, że nie mam telefonu z bajerami typu aparat fotograficzny czy funkcja mms, bo bardzo chciałem się z kimś podzielić tym widokiem. Na środku jest wyspa a na niej kościółek i można do niego dopłynąć tylko łódką. Łódkę można wynająć na dwie osoby (lub chyba nawet cztery) lub popłynąć grupowo czymś na kształt gondoli. Ja zrezygnowałem z takiej wycieczki, bo jeszcze miałem ponad dwie trzecie drogi do przejścia, a nie wiedziałem co na mnie jeszcze czeka. Pogoda się pogarszała, a ja koniecznie chciałem wejść na wzgórze zamkowe, choć jeszcze nie wiedziałem którędy. Na razie szedłem wokół jeziora, więc nie mogłem nie trafić. Wcześniej dotarłem jeszcze na jakieś pole campingowe okupowane głównie przez Włochów. W tamtym miejscu sąsiadów z zachodu jest dość sporo i w zasadzie gdzie by nie splunąć tam był jakiś Włoch. Nie zajmowałem się nimi za wiele i pożeglowałem sobie dalej, aż znalazłem strzałkę do zamku. Tyle, że ta droga coś strasznie zarośnięta i stroma. Buty miałem odpowiednie, ale i tak w połowie drogi zacząłem na głos się zastanawiać gdzie podziała się moja kondycja i gdyby nie to, że szedłem tamtą ścieżką sam to zacząłbym się pytać o to napotykanych ludzi. Na górze chwilę odpocząłem i odkryłem parking i asfaltową drogę prowadzącą na dół. Tak czy owak i tak bym z niej nie skorzystał, bo to żadna przygoda iść po asfalcie. To tak jakby iść nad Morskie Oko i mówić, że się górskie szczyty zdobywało.
Wejście na zamek 5euro. 2,50 dzieci, 3,50 studenci. Zamachałem swoim ISICiem i nawet udało wpuścili mnie na zniżkę. Dziedziniec zamkowy jest bardzo mały i wielkiego pola do manewru nie ma, ale za to widok z niego jest nieziemski. Na wprost jezioro i wzgórza, na prawo kościółek na wyspie, na lewo Bled z hotelami przy brzegu jeziora no i ośnieżone Alpy. Fantastyczne miejsce, zwłaszcza kiedy człowiek zda sobie sprawę, że dwa dni wcześniej szedł brzegiem Adriatyku i oglądał jak wielkie kontenerowce zawijają do portów w Koprze i Trieście. Wdrapałem się na krużganki by poobserwować Bled z wysokości kiedy dobiegło mnie coś na kształt Eeee! Paolo!! I dalej rozwiniecie po włosku. I tak co minutę i ciągle to samo zdanie. Łysy pan pod sześdziesiątkę musiał dać znać swojemu przyjacielowi Paolo, że znajduje się na zamku i bardzo mu zależy by ten go zauważył. Nie wiem co jest z tym narodem, że musi się ciągle wydzierać. Dla mnie to już nie jest oznaka silnego temperamentu, który ja odbieram jako swobodę i spontaniczność w miłości i relacjach międzyludzkich, uwielbienie dla życia i czerpanie z niego garściami, lecz zwykła słoma w butach. Mimo to Bled to świetne miejsce, a Słowenia to świetny kraj, niestety tylko pogoda niedobra. Zaczęło kropić kiedy jeszcze znajdowałem się na zamku i oglądałem oferowane tam cuda. Dla przykładu mogę w czterech językach sobie odbić na postarzanym papierze, że tam byłem i jak bardzo to miejsce kocham. Polskiego oczywiście nie było, więc zrezygnowałem. Miałem nadzieję, że na dole uda mi się znaleźć jakąś pamiątkę godną paru euro. Zszedłem nad jezioro tą samą drogą i dokończyłem okrąg wokół jeziora. Deszcz już nie żartował, więc z ciężkim sercem odrzuciłem opcję spaceru nad jezioro Bohinj, ale za to mam kolejny powód, by znów odwiedzić Słowenię i jak już to nie sam, bo to nie jest w porządku oglądać takie miejsca samemu.
Miałem malutką nadzieję, że skoro Bled to kurort i miejscowość wypoczynkowa to na pewno znajdę jakieś ciekawe i dobrze zaopatrzone sklepy z pamiątkami. Może to i głupie, ale lubię mieć jakiś drobiazg z miejscowości, którą odwiedziłem. Znalazłem jeden sklepik gdzie po chwili wybrałem jeden, mały, gliniany kubeczek i poprosiłem o jeszcze takie dwa.
-Nie ma. Jest tylko ten.
No dobra. Ja wiem, że Słowenia na ogół kojarzy się ze Słowacją i nie jest znanym jak świat długi i szeroki zagłębiem turystycznym, ale nie stawianie z tego powodu na przemysł souvenirowy jest kiepskim pomysłem na promocję miasta i okolic. Sam chętnie kupiłbym jakiś ładny kieliszek z nadrukiem, breloczek lub nawet koszulkę jeśli posiadałaby naprawdę ładny nadruk. Mam kubeczek na espresso, ale wybór jaki mi zaproponowano był żałośnie mały. Turysta, który przyszedł tam po mnie miał jeszcze mniejszy pod tym względem, a konkretnie to w ogóle go nie miał, bo takie kubeczki były tylko dwa. Dwa w ogóle. Tak załadowany z bólem serca poszedłem na autobus do Lublany, którą osiągnąłem przed siedemnastą. Jechaliśmy w ciągłym korku i Japoniec siedzący koło mnie tak się tym znudził, że zasnął po czym przybił klasycznego gwoździa co pewnie usłyszeli nawet ci siedzący na końcu autobusu.
Dotarłszy do hostelu humor miałem zły i gorszy i nie chciało mi się z nikim żartować, mimo to Nana spróbowała kiedy tylko mnie zobaczyła pytając:
-Dlaczego nie przeniosłeś sie do drugiego pokoju?
-E?
-No, mówiłam ci wczoraj.
Ja takiej sytuacji nie pamiętam. Dzień wcześniej widziałem ją tylko raz kiedy oddawała mi z powrotem klucz, który zostawiłem dwie godziny wcześniej. Nana upierała się przy swojej wersji, a mnie się kłócić z nią nie chciało, zwłaszcza, że mnie było wszystko jedno, a ten mój ciemny kąt i tak wpędzał mnie w depresję. Zabrałem bety z szafki do pokoju vis a vis poprzedniego i się rozgościłem. Pokój dzieliłem z dwójką Włochów już nieco posuniętych z wiekiem i jeszcze dwiema osobami, które nie ujawniły mi się aż do wieczora. Nie chciało mi się wychodzić na miasto, więc wróciłem do swojej książki. W międzyczasie przyszły dwie brakujące osoby, które okazały się być - kolejna niespodzianka - Koreankami, w tym jedną przefarbowaną na rudo. W jednej chwili pomyślałem, że coś musi być nie tak i że ktoś się pomylił. Jak to jest: dali mi jasny pokój z lodówką i mikrofalą (!), łóżko z działającą lampką, nową pościel i na dodatek w pokoju mam rudą Azjatkę? Nie. To na pewno ktoś zrobił jakiś błąd w swojej tabelce, bo nie ma takiej możliwości, by mnie takie cuda spotykały jednocześnie. Nie wiem też na czym to polega, ale mój pierwiastek kobiecy jest chyba większy niż być powinien, bo moja intuicja znów mnie nie zawiodła. A w zasadzie to żałowałem, że musiałem mieć rację. O 23, kiedy próbowałem zasnąć w oczekiwaniu na radosny dźwięk mojego budzika nastawionego na 6:30, do pokoju weszły dwie osoby, choć wolne łóżko było jedno. Chwila konsternacji i po chwili wszedł Matteo, który coś tam próbował się tłumaczyć, ale kiedy zobaczył mnie już wiedział co zaszło. W ciągu kolejnych dwudziestu minut facet rozmiarów trzydrzwiowej szafy płaszczył się w przeprosinach, że mnie budzi, że przeszkadza, że ktoś popełnił błąd, że podwiezie mnie do drugiego hostelu, że jakoś mi to wynagrodzą (no, czekam do dziś), żebym nie miał za złe i tak dalej. Byłem śpiący i zmęczony i tak wypruty z jakichkolwiek uczuć, że nawet bardzo się nie wkurwiłem, choć powinienem zrobić im tam bałkański kocioł. Zebrałem manele, wpakowałem do Golfa i pojechałem z Matteo i Naną (chyba już wiem, kto spaprał sprawę) do drugiego hostelu. Tam miałem krótkie zapoznanie się z obiektem, dostałem kartę i swobodny wybór wybrania sobie łóżka na górze, bo dolne były zajęte przez Włochów (a to ci niespodzianka).
Z wyspania oczywiście nici. Włosi przyleźli w pół do szóstej (ja ich nie winię, sam ostatnio do domu wparowałem też jakoś tak), czyli wtedy kiedy ja wstawałem. Skorzystałem z tego, że jeszcze nie śpią i potłukłem się im trochę, ale w granicach rozsądku. Sam bardzo nie lubię gdy ktoś mi się specjalnie tłucze nad głową, choć nie musi. Z późniejszych relacji wiem, że wstali koło trzeciej po południu i chcieli wziąć rowery, ale wybito im ten pomysł z głowy. W tym czasie ja byłem w zupełnie innym miejscu, a nawet kraju.
Dwa dni wcześniej Matteo polecił mi odwiedzić Pulę na Chorwacji. Też nad morzem, też ładne, no i palmy są, to na pewno mi się spodoba. Po przejrzeniu wikipedii uznałem to za pomysł warty realizacji, zwłaszcza, że pociągi relacji Lublana-Pula-Lublana jeździły właśnie od 26. kwietnia. Rano podreptałem na dworzec, a że z drugiego hostelu droga już nie trwała dziesięciu minut i zmuszony byłem wyjść o porze dość dzikiej. Ja już chyba tak mam, że lubię się pętać po europejskich stolicach o głupich porach. Dotarłem na dworzec, kupiłem bilet, o wymianie pieniędzy nawet nie myślałem, po czym zlokalizowałem peron. Myślałem, że pociąg będzie typowym IC albo expresem, ale było jeszcze fajniej, bo dostałem spalinowy szynobus, który jedzie do granicznej miejscowości Buzet, a stamtąd inny tego typu pojazd jedzie bezpośrednio do Puli. Taka wycieczka trwa cetery godziny i ciągnie się jak Klan, ale widoki są takie, że dech zapiera. Zwłaszcza wtedy kiedy jedzie się 10km/h metr od urwiska. Tam maszyniści muszą mieć fajną pracę. Spodziewałem się, że na granicy znów będą mnie wypytywać o to gdzie jadę, po co, na ile, z kim i tak dalej, ale zawiodłem się, bo tylko sprawdzili mi paszport i nawet dzień dobry nie powiedzieli.
Dobiliśmy do Puli. Dworzec wygląda biednie, ale nie przyjechałem tu zachwycać się nad ichniejszą infrastrukturą kolejową, tylko nad rzymskimi pozostałościami. Po krótkiej rozterce obrałem kierunek na amfiteatr. Wokół niego spędziłem chyba najwięcej czasu, ale do środka nie wchodziłem. Koszt co prawda niewielki, ale atrakcja dla mnie żadna. Z zewnątrz widać równie dobrze jak z wewnątrz, a nawet lepiej. Poza tym i tak nie miałbym czym zapłacić, bo w kieszeni miałem niecałe dwie kuny. Bank zlokalizowałem dopiero kilka minut później. Wcześniej trafiłem jeszcze na Cygana, który bardzo chciał ze mną porozmawiać i już wtedy wyczułem, że Pula to bardzo wesołe miasto. Może to trochę rasistowskie podejście, ale nie sądzę byśmy znaleźli wiele wspólnych tematów. Prawdę mówiąc wątpię, że ten młody człowiek był zafascynowany thrillerami medycznymi Robina Cook'a w takim samym stopniu jak ja i właśnie o tym chciał ze mną porozmawiać. Kilka chwil później również spotkałem trzech młodych ludzi o oliwkowej cerze, którzy też pewnie tylko chcieli pogadać, dlatego pół miasta za mną przeszli, aż w końcu prawie ze mną kawę pili. Poszli sobie kiedy dałem po sobie znać, że ich zauważyłem i choć na pewno mają wiele ciekawych rzeczy do zaoferowania to ja nie jestem zainteresowany. Nie zajmowałem się nimi już więcej i poszedłem zobaczyć czym to miasto jeszcze mnie może zachwycić. Poszedłem do centrum i znalazłem Forum oraz jakąś starożytną świątynie. Teraz wyczytałem, że to świątynia Augusta z I wieku naszej ery. Wcześniej przechodziłem przez starożytny Łuk Sergiusza, który pasuje do pobliskiej zabudowy jak ja do platformy wiertniczej. No, ale starają się, starają. Na przeciwko świątyni Augusta znajdował się równie stary budynek, na którym ktoś postanowił zaprezentować wszystkim swoje poglądy polityczne. Naprawdę nikomu nie bronię wyrażać swoich poglądów choćby nie wiem jak radykalne by nie były (pod warunkiem, że nie nawołują do nienawiści i krzywdzenia innych, czyli wszyscy wiemy co u mnie odpada na starcie), dla mnie można być wyznawcą Latającego Potwora Spaghetti i wytatuować sobie go na czole czy wyrysować na ścianie swojego bloku, ale, kurwa mać, nie na ścianie zabytku klasy zero. Na farbę w sprayu powinny być wydawane zezwolenia, bo zbyt wiele osób nie wie w jaki sposób i gdzie można tego używać.
Na plażę było za daleko i chodzić mi się nie chciało, więc poszedłem na coś, co kiedyś było zamkiem. Przebudowywany kilkakrotnie wrażenie robi żadne, ale u jego stóp jest starożytny teatr rzymski i to całkiem nieźle zachowany (no i oczywiście zabudowa wokół pasująca jak wiadomo co do czego). Kiedyś to miejsce tętniło życiem, a obecnie tętnice można sobie przebić szkłem, które wala się niemal wszędzie. Na dodatek przypełzła grupa Włochów. Jeden z uczestników wpadł na pomysł, że może kiedy wbiegnie sobie na górę i zacznie się wydzierać do tych na dole to będzie fajnie i ekscytująco. Jak pomyślał tak zrobił. Miałem ochotę go zepchnąć, w końcu w starożytności na pewno nie jeden tu poległ ku uciesze i radości pozostałych, ale ten nie był warty zachodu. Pomyślałem, że może los dokona tego czego ja nie zdołałem, bo okolice zamku to wielki tor przeszkód i naprawdę warto tam patrzeć pod nogi gdzie się idzie, bo raz, że trawy tam nie koszą, to dwa wszędzie jest pełno dziur głębokich na parę metrów. Oczywiście nie zabezpieczonych no bo po co.
By wejść poza mury trzeba już zapłacić. Zniżek nie ma, ale cena i tak niewielka, poza tym jest wieżyczka. Pod tym względem zachowuję się jak Obeliks i gdy widzę jakiś ciekawy punkt widokowy to muszę na niego wejść. Wejście do wieżyczki to jeszcze większy tor przeszkód niż dotarcie do niej. Nie polecam nikomu kto ma więcej niż metr siedemdziesiąt wzrostu, bo może się poważnie uszkodzić. Drabinka w środku też najlepsze swoje lata ma już za sobą. Za to widok z góry ładny. Widać amfiteatr, stocznię no i morze. Ucieszyłem się, zrobiłem setki zdjęć po czym wróciłem na dół do typowo włoskich uliczek, które to, poza amfiteatrem, zachwyciły mnie najbardziej i tam znalazłem w końcu jakiś normalny sklep z pamiątkami, gdzie mogłem się wyszaleć do woli. Czas mnie naglił więc powoli poszedłem na dworzec po drodze jeszcze raz mijając rzymski amfiteatr.
Pula jest ładnym miastem i nie żałuję, że zrobiłem sobie tę wycieczkę, niemniej serca tam nie zostawiłem. Można odwiedzić, ale mieszkać dłużej chyba bym nie chciał. Nie w Puli.
Powrót miałem na szczęście bez rewelacji, choć zachód słońca nad dolinami Istrii zostanie mi w głowie do końca życia. W pociągu jechałem tylko ja, jakaś kobita z siatami i koleś z Meksyku + konduktor słoweński, także na granicy obyło się bez ekscesów. Tylko Meksykanin dostał standardowy zestaw pytań, ale z tonu wynikało, że bardziej z ciekawości celnika niż z obowiązku. Poza tym do Puli przyjechał ze mną porannym pociągiem z Lublany i jego również rozpoznali.
W Lublanie byłem po dwudziestej drugiej i niczego tak bardzo nie pragnąłem jak pójść spać. Wedle umowy stawiłem się u Matteo w pierwszym hostelu skąd miałem transport niemal wprost do swojego łóżka. W międzyczasie zrobiłem małą sondę na temat Polaków na Słowenii, czy w ogóle jacyś bywają, a jak już to jak są tam widziani. Odpowiedź bardzo mnie nie zaskoczyła, gdyż brzmiała tak, że Polacy w ogóle nie są w Słowenii widziani. W ich hostelu byłem pierwszym Polakiem od kilku miesięcy. Owszem, jest sporo studentów z Polski ale turystów niewiele. I tak od zdania do zdania dowiedziałem się dlaczego Chorwaci nie lubią turystów z Polski:
-Bo zabieracie ze sobą własne jedzenie!
W pokoju nie zastałem nikogo i w sumie nikogo się nie spodziewałem, więc szybko się spakowałem i poszedłem spać. Obudziłem się o pierwszej kiedy do pokoju weszła jakaś dziewczyna ze swoim kolegą, oboje chyba z Wysp, która zaczęła pokładać się z radości jaka to fajna impreza była. Po dwudziestu minutach ogłaszania tego światu między tym dwojgiem wywiązał się taki dialog:
-Ej, tam na górze ktoś leży?
-Na twoim łóżku ktoś leży?
-Nieee, tym tutaj.
-Ohh... Fuck!
O, fajnie, a już zacząłem na nich piętrowe chuje stawiać, że tak się drą w środku nocy, a oni po prostu mnie nie zauważyli.
Po chwili przyszli Włosi, których liczba zredukowała się z trzech do dwóch i bez słowa poszli spać. Chwilę później ogłosili alarm, bo dziewczyna zaczęła wydawać z siebie dziwne odgłosy po czym wszyscy mieliśmy okazję zobaczyć co było na tej imprezie serwowane. Włosi zaczęli biegać w kółko w panice, ale uspokoili się kiedy dostali zapewnienie, że wszystko gra. W przypływie empatii podniosłem głowę i kiedy upewniłem się, że dziewczyna będzie żyć wróciłem do pozycji wyjściowej nadal próbując zasnąć. Ciężko było, bo dziewczęcie cierpiało całą noc wydając z siebie bulgoty i inne opary. Nawet zaczynałem się cieszyć, że to już moja ostatnia noc na przyjaznej słoweńskiej ziemi.
Rano spałem do oporu. W końcu nigdzie się nie spieszyłem. Spakowałem się już poprzedniego dnia, więc to miałem z głowy. Wziąłem tylko prysznic, pożegnałem się z tymi co już nie spali i wyszedłem. Poszedłem do Matteo oddać kartę i zostawić bety w przechowalni. Pożegnałem się ze wszystkimi, obiecałem wystawić ładny komentarz i polecać wszystkim ich hostel. Zapominając o tej wpadce z moją rezerwacją w lepsze miejsce trafić nie mogłem. A przynajmniej nie za taką cenę.
Zostawały mi tylko dwie rzeczy do zrobienia; zadzwonić do biura podróży z pytaniem kiedy konkretnie będą w Lublanie oraz zadzwonić do Ranel, która pomogła mi w organizacji wyjazdu, a teraz sama znalazła się na Słowenii. Z pilotką autobusu umówiłem się na osiemnastą, a z Ranel na czternastą. W międzyczasie zobaczyłem co mają ciekawego na targu staroci i poszedłem na obiad do swojej ulubionej knajpy.
Z Ranel i jej koleżanką, Magdą, która w Lublanie jest (chyba już była) na wymianie od roku, spotkałem się przy moście z trzema przęsłami. Wspólny język nawiązaliśmy bardzo bardzo szybko, bo każdy miał na myśli pójść gdzieś się czegoś napić. Ranel chciała wino to poszliśmy do knajpy przy Krakovskiej, którą już nieco znałem z wcześniejszych wizyt. Szybko nam to zleciało, zwłaszcza mnie, bo w końcu po dziesięciu dniach miałem okazję odezwać się do kogoś po polsku. A wiadomo, że wszystko co fajne mija najszybciej. O godzinie szesnastej dziewczyny poszły na obiad, a ja odebrać plecak i na umówione miejsce z biurem podróży. Równo o osiemnastej (nie wiem jak to zrobili, pewnie czekali gdzieś za krzakami) autobus podjechał na parking i pewnie niezwłocznie byśmy odjechali w stronę Mariboru, a dalej Austrii, Czech i ostatecznie Polski, gdyby nie to, że jakieś studentki nie odczytały maila na czas i kiedy pilotka do nich zadzwoniła te dopiero zaczynały się pakować. Kiedy dotarły zapakowałem się do autobusu, zająłem miejsce i zacząłem żegnać się ze Słowenią.
Wielu miejsc nie zobaczyłem z różnych przyczyn. Przed wyjazdem bałem się, że dziesięć dni na tak mały kraj to bardzo dużo, ale ostatecznie mi ich zabrakło. Mimo to myślę, że przy dobrym planowaniu to wystarczający czas by zobaczyć i poznać to co Słowenia nam oferuje, a jeśli ktoś nie będzie miał dość to zawsze może wrócić po więcej. Ja nie miałem konkretnego planu stąd ubytki w zwiedzaniu, ale za to wiem, że na pewno kiedyś tam wrócę.
06.06.2008
Komentuj (2)
|