The journey is life itself
Strona główna RSS

Ameryka Południowa: cz.13 - Chile

-O, Polonia. No Visa. Buenvenidos.
Dziesięć minut później znaleźliśmy się na ruchliwej uliczce San Pedro de Atacama. W przeciwieństwie do ostatnich dwóch tygodni tu było sucho i gorąco i to już mi się podobało, ale wcześniej uzgodniliśmy, że ewakuujemy się do Santiago tak szybko jak tylko się da. Kieran, nasz irlandzki kolega z boliwijskiego jeepa, miał nieco inny plan, więc rozdzieliliśmy się i życzyliśmy powodzenia w dalszej drodze. Na dworcu połamałem sobie język na hiszpańskim, ale dogadałem się na tyle, by dowiedzieć się, że na ten dzień biletów do Santiago nie kupimy, ale są jeszcze na dzień następny i to nie za wiele. Po chwili zastanowienia zdecydowaliśmy się kupić te na godzinę 14:20, bo o 8:20 chcieliśmy jeszcze spać. Cena natomiast mocno nas ogłuszyła, bo za jeden bilet zawołano 42300 chilijskich pesos (w skrócie Cl), co w przeliczeniu wynosi około 90$. Nawet nie chcę myśleć ile to w złotówkach. Nie licząc biletów lotniczych to był największy jednorazowy wydatek w ciągu całych dziewięciu tygodni podróży. To tak na marginesie. Wyboru zresztą nie mieliśmy, chyba, że stop, więc zapłaciliśmy i poszliśmy szukać jakiegoś taniego noclegu. Już w drodze na dworzec zauważyliśmy, że San Pedro to przechowania dla turystów jadących do/z Boliwii i robi wrażenie nieco hipisowskiego; średnia wieku może 30. Po dłuższej penetracji nowego terenu i pytania o ceny hosteli wybraliśmy ten za jedyne 7000 pesos, czyli 16$. Po Peru i Boliwii, gdzie przychodziło nam płacić od trzech do maksymalnie ośmiu dolarów na noc, była dość niemiła zmiana. Skoro już jestem przy pieniądzach; nigdzie nie widziałem ładniejszych banknotów. Chile zaczęło je wymieniać w 2009 roku, chociaż przy okazji mogli pomyśleć o denominacji, bo przy tych liczbach sporo czasu schodziło nam na szacowanie czy przypadkiem czegoś nie przepłacamy zanadto. Oficjalny kurs 465 peso za 1$ zaokrągliliśmy więc do 500. Swoją drogą teraz byłoby jeszcze prościej, bo z tego co widzę kurs peso do dolara to właśnie 500.
W samym San Pedro nie ma za bardzo co robić. Jest to niewielka miejscowość z niskimi, bielonymi budynkami z adobe, która otoczona jest przez pobliskie wulkany, na które zresztą mieliśmy widok z tarasu hostelu. Słońce prażyło ile mogło, więc skorzystaliśmy z okazji i w końcu zrobiliśmy kompleksowe pranie. Serio, w końcu! Nigdy wcześniej, ani później, nie chciałem tak bardzo zrobić prania jak wtedy. Następnego dnia w plecaku miałem czyściej niż przed wyjazdem. Poza tym bardzo przydał nam się ten dzień oddechu; oboje się wyspaliśmy i wygrzaliśmy. Naładowaliśmy baterie na kolejną, szybką część naszego wyjazdu, która miała się zacząć już o godzinie 14:20 na ichniejszym PeKaeSie.
Czekając na nasz zielony autobus oczom nam ukazała się ruda, skacowana znajoma twarz, która zwykła należeć do Kierana. Jemu także nie udało się kupić biletu do Santiago na poprzedni dzień, więc kupił na następny na godzinę 8:20. Zapomniał jednak o zmianie czasu, więc jedyna zmiana jaka mu została to zmiana rezerwacji biletu, a to kosztowało go kolejne 45$. Z zachwytu nie piał, ale był szczęśliwy, że nie musi tam zostawać kolejnego dnia.

Podróż z San Pedro de Atacama do Santiago de Chile zajmuje niecałą dobę i właściwie nijak jest się do niej odnieść, bo przytłaczająca większość widoków zajmuje pustynia; na prawo pustynia (ok., czasem ocean), na lewo pustynia, przed nami też pustynia, ot, gdyby ktoś był ciekawy. Kolorów niewiele. Jedyną rozrywką była kontrola oddziału antynarkotykowego na kilka godzin przed celem, no i filmy. Jak na złość w oryginale, a na złość dlatego, bo wyciszone na maksa, a kto chciał mógł się podłączyć słuchawkami i miał fonię… no a mnie przecież okradli w Limie. Potem słuchawek już sobie nie kupowałem, bo i po co, skoro mp3 także zabrali. Rano, gdy się obudziłem, próbowałem oglądać I am the Legend z Willem Smithem i szło nawet nieźle, bo przez ¾ filmu i tak nie ma prawie żadnych dialogów. Pamiętam jeszcze 300 (ten film podczas całego wyjazdu widziałem trzy razy), Głupi i Głupszy i Nicolasa Cage’a i jego palącą się głowę… o, Ghost Rider - właśnie! Rany, ale to było kiepskie. I w ten sposób do Santiago dotarliśmy przed godziną czternastą, 24. lutego, temperatura wynosiła około 28*C, niebo było bezchmurne i takie miało zostać jeszcze długi, długi czas.

Kieran za bardzo nie wiedział co z sobą zrobić i na dodatek nie okazywał wsparcia przy mapie kiedy z Ewą próbowaliśmy się znaleźć i namierzyć hostel gdzie mieliśmy rezerwację. Pozwoliliśmy się mu jednak do nas przyłączyć, bo co tak chłop sam będzie po Chile chodził. Szybko wytropiliśmy metro i nawet udało nam się wysiąść na dobrej stacji. I żeby było mało nawet poszliśmy potem w dobrą stronę. No, ok., nie od razu, ale trafiliśmy szybko. Nasz hostel okazał się być w typowo backpackerskim stylu, jak to na hostelworld, i jakimś fartem i dla Kierana znalazło się miejsce. Kiedy łóżko i prysznic już nas uszczęśliwiły poszliśmy rozejrzeć się po okolicy. Z mapy wynikało, że do centrum nie mamy daleko i nawet nie ma sensu znów schodzić do podziemi, skoro można po drodze tyle miasta zobaczyć. A jest ono na wskroś amerykańskie. Ale mogę to stwierdzić tylko na podstawie filmów i zdjęć, bo w Stanach przecież nie byłem, więc może inaczej; jest na wskroś europejskie. Coś pomiędzy na pewno. Szerokie ulice, czyste(!) ulice, wieżowce, szklane domy poprzetykane starszą architekturą, palmy, cywilizowany publiczny transport (choćby to metro), brak chaosu jak w Limie czy La Paz. Do tego ostatniego zdążyłem się już przyzwyczaić i nieco mi go brakowało, ale z drugiej strony świadomość swobodnego poruszania się o każdej porze dnia i nocy gdziekolwiek by się nie chciało skutecznie pozwoliła mi zapomnieć o niekontrolowanym zgiełku i wariatach w minibusach. Bo Santiago, w przeciwieństwie do wspomnianych dwóch stolic, wydaje się być miastem bezpiecznym dla obcokrajowca. Biały zupełnie nie rzuca się tam tak w oczy jak na przykład w Limie, gdzie jak ktoś nie ma indiańskich rysów to raczej na pewno z Peru nie jest, a nawet jeśli to na pewno nie spoza Limy. Ja takich nie mam, ruda Ewa tym bardziej.
Układ ulic jest bardzo amerykański - w kratkę - i sporo z nich ma własne specjalizacje. Na przykład na jednej byli sami optycy poprzetykani tu i ówdzie monopolowymi tudzież barami z hot-dogami. I tych barów też jest mnóstwo, bo otóż Hot-Dog to narodowa przekąska Chile. Nie wiem dlaczego akurat on, ale można go kupić w miliardzie wariantów, podobnie jak zapiekanki na Kazimierzu… chociaż hot-doga ze szpinakiem nie widziałem. Kosztuje to od 600 do 1500 pesos, co daje jakieś 4-9zł. Tyle co obiad w Peru… i zapiekanka na Kazimierzu. Może przesadziłem z tym ogromem hot-dogowych barów, ale faktem jest, że wieczorem łatwiej o hot-doga niż o piwo. Pierwszego wieczoru zeszliśmy z Ewą jakieś dziesięć przecznic od hostelu nim znaleźliśmy otwarty sklep gdzie byłby jakiś alkohol. Bo sklepy były, dość sporo zresztą, nawet stacja się nawinęła, ale bez pożądanego stoiska. I tu mały wkurw… no bo żeby w Chile za winem łazić pół miasta to już jest szczyt. Za to mają ciekawy patent na wino w półlitrowych kartonach. Kosztuje to grosze i jest tak akurat. Inna sprawa, że to najtańsze jest zazwyczaj paskudne. Nie wiem jak z drogim – nie kupowaliśmy. Próbowałem jeszcze z piwem Austral, ale w tym temacie Chile przypomina Francję – talent zużyli na wino.

Historyczne centrum Santiago jest ładne, lecz także nieco klaustrofobiczne. Wysoka zabudowa sprawia, że jest tam ciasno i brakuje przestrzeni. Architektura jest bardzo różna, dość niespójna i niekiedy nawet tandetna i ogólnie prezentuje się dość nijako, natomiast deptaki są co prawda szerokie, ale ogrom przewalających się ludzi i wszędobylskich straganów z plastikowym badziewiem bardzo je zwęża. Przede wszystkim snuliśmy się więc po bocznych uliczkach gdzie natknęliśmy się na uroczą knajpkę o nie mniej uroczej nazwie: Melinka. Nieopacznie weszliśmy na ulicę, której specjalnością były second-handy. Ewa długo ze sobą walczyła, ale przegrała i poszła kilka zwiedzić. Sam również zacząłem przeglądać wieszaki, na których były przede wszystkim koszulki ściągnięte ze Stanów, najwięcej z tamtejszych uczelni, ale było też sporo okolicznościowych. Niestety nie wpadłem na to i nie zapisałem sobie co śmieszniejszych, ale jedna wbiła mi się w pamięć Dzień Drwala, Montana 2002.
Przy głównej arterii miasta znajdują się budynki rządowe, których architektura i układ przywodziły mi na myśl Plac Centralny w Nowej Hucie. Natomiast tuż przed nimi na środku ulicy stoi bardzo wysoki maszt, a na nim, jak to na masztach często bywa, zawieszona jest ogromna flaga Chile. Jeśli państwowość ma być manifestowana w taki sposób to ja nie mam nic przeciwko. W Chile jakoś potrafią z tym żyć i nawet to nieźle się prezentuje, a u nas flagą wycierają się od lewa do prawa, a symbolem stolicy jest sztuczna palma.

Po dwóch dniach mieliśmy już trochę dość Santiago. Nie przyjechaliśmy do Ameryki Południowej siedzieć w metropoliach i gapić się w swoje odbicia w szybach wieżowców, lecz ogarnąć trochę przyrody. No i oczywiście – czas nas przecież gonił. W ramach odbicia się od zgiełku weszliśmy na pobliską górkę (Cerro San Cristobal) skąd rozciągał się widok na całe miasto. Można tam wjechać kolejką lub wejść pieszo, co zajmuje nieco ponad godzinę. Kolejka nie jest droga, bo koszt jazdy tam i z powrotem to 1850Cl, a w jedną 1000, ale przyjemniej jest wejść, zwłaszcza, że widoki to wynagradzają. Pstryknęliśmy sobie kilka zdjęć na tle miasta i zachodu słońca i zjechaliśmy z powrotem do poziomu miasta właściwego. Rano opuszczaliśmy Santiago, a chcieliśmy się jeszcze kulturalnie rozluźnić.

Chile to nie tylko wino, góry, jeziora, czy wulkany, ale także…Tomás Enrique Araya Díaz, w skrócie Tom Araya. Kto zna ten zna, kto nie ten pewnie i tak nie chce znać. Urodził się on w Viña del Mar, mieście leżącym nieco na północny zachód od Santiago. Zaraz przy oceanie, z ładnymi plażami, plażowiczkami topless i dość sporym festiwalem muzycznym, który akurat się odbywał. Nie było sensu tam się pchać, no może dla tych plażowiczek, więc obraliśmy kierunek na leżące znacznie dalej na południe Concepción. I tu należy wtrącić to i owo, bo do dziś nie ustaliliśmy z Ewą czyj to był pomysł, ale podejrzewam, że zdecydował przypadek kiedy za bardzo się rozluźniliśmy któregoś wieczoru. Na miejscu szybko odkryliśmy, że nie był to wybór godny nagrody. Jechaliśmy tam prawie cały dzień i ledwo udało nam się znaleźć nocleg niedaleko centrum. Jedyne 14tys Cl za pokój, ale już się do tych cen przyzwyczailiśmy. Idąc ulicą nawet zostaliśmy wyśmiani przez miejscowych, no bo kto do takiej dziury przyjeżdża i po co? Być może historycy i fanatycy Chile, bo to tam przed dwoma wiekami kraj ten proklamował niepodległość, ale poza tym jedyne co nawiedza to miasto to trzęsienia ziemi. Ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero wieczorem. Wcześniej zrobiliśmy sobie wycieczkę po centrum i znaleźliśmy między innymi parę hoteli, każdy zamknięty i raczej w ruinie. W tym także hotel Ritz przy głównym placu miasta. W pensjonacie uświadomiono nas, że rok wcześniej i to niemal co do dnia, bo dokładnie 27. lutego 2010 mieli tam dość spore trzęsienie i miasto gdzie nie gdzie rozeszło się w szwach, także nasz przyjazd jest dla nich pewnego rodzaju ewenementem. Może i nie ma co oglądać, ale i tak nie nudziliśmy się. Kupiliśmy wino i jakoś sobie poradziliśmy z wieczorem. Podjęliśmy też decyzję, że przemy na południe tyle ile się da, ale też w miarę z sensem i padło na Puerto Varas. Według rozkładu autobus w tamtym kierunku miał odjazd o 9:45, więc znając już realia chilijskie byliśmy na miejscu ponad godzinę wcześniej. Zwłaszcza, że nie mieliśmy biletów. Okazało się, że to i tak nie ma żadnego znaczenia, bo biletów na ten kurs i tak już nie było. Tak smutnie musieliśmy wyglądać, że w końcu podszedł do nas jakiś facet z innej firmy przewozowej i skołował nam bilety na kurs i to o godzinę wcześniej. Dwa ostatnie miejsca po 9500Cl, może i nie pół darmo, 20$ w końcu, ale aż wstyd by było w tej sytuacji narzekać. W zasadzie był tylko jeden minus – do odjazdu zostały minus dwie minuty i w ostatniej chwili wskoczyliśmy do środka. W autobusie wygraliśmy rząd ze sraczem, ale on na szczęście nie dawał o sobie znać. Inaczej było z dziećmi, których rodzice nie dorośli by je mieć. Biega to, drze się, płacze, a rodzice nic. Filmu nie ma, muzyki nie ma, książkę skończyłem, a autobus jedzie dziesięć godzin. Na miejscu trud jazdy szybko został zapomniany, gdyż znaleźliśmy się w przepięknym regionie Los Lagos. Spędziliśmy tam kilka z najlepszych dni całej podróży i choć do końca nie wiedzieliśmy czego się tam spodziewać, bo w Lonely Planet przecież nie ma obrazków, to oboje byliśmy bezgranicznie zachwyceni, chociaż może i nie dawaliśmy tego po sobie tego poznać.
Ale o tym już w przyszłym roku.

— 28 grudnia 2011

skomentuj (0)

2xR

Nie na rękę mi to, nie chce mi się tam jechać, bo daleko, bo zimno, bo listopad, ale wiem, że warto. Przynajmniej tak próbowałem siebie i innych przekonać gdy przebąkiwałem coś o urlopie i jednodniowej wycieczce nad polskie morze, by zobaczyć Rammsteina na żywo. Nie widziałem ich od sześciu czy siedmiu lat, więc jeszcze w czerwcu, trochę od niechcenia, dałem się Karoli namówić na kupno biletów. Niby wiedziałem, że to jednak Gdańsk i listopad, ale kto normalny w czerwcu myśli jaka to będzie pogoda w listopadzie. Wtedy wiadomo było tylko o jednym terminie i nim w ogóle zdążyłem się nad tym zastanowić biletów na Golden Circle już nie było, więc zadowoliliśmy się biletami na płytę. Kurwa, za każdym razem gdy jestem na dużym koncercie obiecuję sobie, że to ostatni kiedy stoję na płycie jak jakiś kretyn za innym kretynem, który nie dość, że ma 2m to jeszcze przyszedł tam podziwiać i stoi kiedy ludzie wokół próbują rozpętać jakieś małe piekło. I to nie jest tak, że ja mam takie szczęście tylko tak już jest, że gdziekolwiek by mnie fala nie zniosła, nawet na trzy metry od sceny, to tam też będzie stał taki kołek co sobie koncert rockowy z filharmonią pomylił. Tym razem inaczej być nie mogło, a kołków też jakby więcej. Tyle, że to było dość daleko od sceny, także po części byli usprawiedliwieni, ale i tak uciec się bardzo nie dało. Przez chwilę cieszyłem się wygraną stania za typem, który dwie stówy na bilet miał, ale na mydło czy chociaż dezodorant już nie. Chwilę wytrzymałem, ale szybko miałem dość i zbiegiem okoliczności znalazłem się dwa rzędy dalej, a na moje miejsce wbił się Dev. I to był jego błąd, bo już przy piosence Du riechst so gut musiał się ewakuować na tyły. Taka ironia losu. Ja sam próbowałem się trzymać przy barierce okalającej stanowisko obsługi technicznej dzięki czemu coś tam nawet widziałem i nie był to tylko sufit. Ale o tym potem.

Koncepcji na dojazd do Gdańska było sporo. Przez jakiś czas w grę w chodził nawet EuroLot, lecz nim w ogóle tak naprawdę zaczęliśmy go brać pod uwagę tych najtańszych biletów już nie było. Potem drogi naszej czwórki się rozeszły i zaczęliśmy coś planować na poważnie na początku listopada. Czasu mieliśmy jeszcze trochę, ale nie na tyle by się nim szastać do woli. Ja miałem ten swój nieszczęsny urlop, który pierwszy raz chciałem wykorzystać na siedzenie i takie prawdziwe odpoczywanie, ale to znudziło mi się już w poniedziałek i od wtorku łaziłem na siłownię, przez co potem pół dnia umierałem. Przez pozostałą część dnia (jeśli o tej porze roku popołudnie w ogóle można nazwać dniem) zwiedzałem Kraków i jego muzea, na co nigdy wcześniej nie miałem albo czasu albo siły. Bo przecież ja tak ciężko pracuję. W związku z tym wymyśliłem sobie też zobaczenie muzeum Powstania Warszawskiego, bo podobno ładne, warto i wypada, no ale to w Warszawie, a to przecież po drodze do Gdańska, i tam mieszka teraz dawno nie widziana koleżanka, no a że kiedyś byliśmy blisko to aż wypadało ją odwiedzić i zamienić w końcu kilka słów lajf, a nie ciągle przez facebooka. Let it be. O nocleg zatroszczyłem się sam i wybrałem hostel na Nowym Świecie. Nie chciałem nikomu się zwalać na dupę, zwłaszcza, że z większością znajomych mieszkających w stolicy mam raczej luźne stosunki, a główna zainteresowana prawie całą sobotę i tak była poza Warszawą. No i nie spałem jeszcze w hostelu w Polsce, także to też była jakaś tam nowość. Ale na tym koniec nowych doświadczeń, bo nasze hostele nie różnią się od zagranicznych (ot, niespodzianka), bo jak i zagranicą tak i u nas w każdym musi znajdować się jakiś procent głośnych anglojęzycznych gości, którzy potrafią bez obciachu po pijaku władować się do pokoju, zaświecić wszystkie światła i robić gnój. Gwiazdą był śniady koleś, chyba ze Stanów, który prowadził ze swoim drugim śniadym kolegą taki dialog;
-Kurwa, telefon mi ukradli!
-Trzeba było się nie bić
Tutaj rzężenie, jakieś bluzgi, trochę płaczu …, kurwa, mój telefon, muszę go odzyskać!
-Nowy kupisz.
-Nie, to mojej mamy! Nie znasz mojej mamy!
Chłop, 30 lat.

Dzień później wsiadłem do PolskiegoBusa (a wcale nie, bo Volvo) do Gdańska i pożegnałem się z Warszawą na kolejne parę miesięcy, chociaż tak szczerze mówiąc (pisząc…, chyba) mam nadzieję, że zjawię się tam szybciej niż mi się to wydaje. Wystarczyły niecałe dwa dni spacerowania po Starówce, Nowym Mieście i Śródmieściu bym sklecił w głowie długi mail do krakowskiego plastyka miejskiego. Jeszcze nie przelałem nic na Worda, ale kiedy się do tego zabiorę, to chyba wezmę z tej okazji dzień urlopu…
Na marginesie dodam, że niedziela rozlała mi się po całości i muzeum Powstania w rezultacie nie zwiedziłem. A szkoda, bo byłem jeszcze świeżo po Fabryce Schindlera. Za to dwa razy byłem w kinie.

W Gdańsku nie widzieli mnie od ośmiu lat, więc cieszyłem się już na samą myśl, że znów tam będę. Pierwsze co jednak musiałem zrobić to namierzyć pozostałych i udało mi się to w barze mlecznym gdzieś niedaleko Długiego Targu. Szukasz przyjaciół – znajdziesz ich tam gdzie jedzenie. Stamtąd wszyscy razem poszliśmy pozwiedzać gdańskie Stare Miasto. Zrobiliśmy sobie spacer po kilku zachwycających uliczkach, chociaż przez podwórka niektórych ciemną nocą bałbym się przejść, kupiliśmy pamiątki, zrobiliśmy zdjęcie pamiątkowe pod Żurawiem i wróciliśmy na dworzec, by jeszcze póki jasno pojechać do Sopotu, bo Królik chciała spotkać się polskim morzem, a Karola wejść na molo. A ja i Dev zjeść rybkę. Na tym wszystkim zeszło nam tyle, że dopiero po dziewiętnastej dotarliśmy pod Ergo Arenę. A rybka była genialna.

Na miejscu z kwestii organizacyjnych leżała tylko szatnia i to dość srogo, bo nim jeszcze weszliśmy do środka już nam zapowiedzieli, że na wieszakach nie ma już miejsc i że byłoby fajnie, gdybyśmy zostawili kurtki w samochodach. Chciałem podejść do tego faceta z megafonem i powiedzieć, że swój samochód sprzedałem w lipcu, ale czas był już wchodzić do hali, a megafon i tak przejął ktoś inny. W środku dość sprawnie zorganizowano jeszcze kilka wieszaków, ale roleta, za którą one się znajdowały nie chciała współpracować i dopiero ktoś z odpowiednim kluczem i parą w rękach dał radę i ją pokonał. W tym momencie zaczęły się znane z wielu koncertów z przeszłości dzicz, rzeź i gnój, jednak jakimś cudem udało nam się zostawić rzeczy na haczykach i ujść z życiem bez żadnych dalszych strat. No cud. Trzech Polaków nie potrafi sformować kolejki, a ja głupi myślałem, że 200 się ładnie ustawi. Już bez betów przenieśliśmy się na płytę i chwilę obserwowaliśmy dający z siebie wszystko zespół supportujący, ale w moim odczuciu na większe brawa zasługiwał facet, który otworzył szatnię.
I jest! Godzina 21., światła gasną, intro w tle, Rammstein na scenie? NOPE! To tylko część podłogi się podniosła, a spod sufitu zsunęła kładka, która połączyła podest ze sceną, natomiast chłopaki pomalowani na srebrno i w pelerynach wyszli z bocznej nawy z pochodnią, flagą Polski i swoją, czarną-białą z logiem R+; ktoś nie wytrzymał i zawołał Krzyżacy!
Ten podest służył także przez trzy piosenki jako dodatkowa scena, więc przez ten czas miałem cały Rammstein widoczny jak na dłoni, ale niestety bez fajerwerków, choć może to i dobrze, bo przecież wszyscy wokół by spłonęli. Ci z pierwszych rzędów już przy Sonne, które poszło na dzień dobry, stracili brwi na zawsze. Szczerze? Nigdy nie widziałem nic podobnego i w kategorii SHOW był to mój koncert życia. Lepiej bawiłem się na Atari Teenage Riot, lepiej także na Nine Inch Nails, ale tak dynamicznego, ogromnego i rozbudowanego widowiska nawet sam Trent Reznor nie przygotowuje. Niskie pokłony dla całej szóstki i całego sztabu pracującego nad tym wszystkim, bo jakbym się nie starał to bardziej im nie podziękuję. To mi tylko daje do myślenia; gdzie ja byłem i co robiłem gdy dwa lata temu grali w Katowicach, a kilka miesięcy później w Łodzi?

Resztę wieczoru spędziliśmy na afterparty w Sopocie niedaleko molo. Klub nie był może mały i ciasny, ale według organizatorów na tyle duży, by zrobić tam dwie imprezy. Większe kuriozum jeszcze mnie nie spotkało, bo jedna impreza zachodziła na drugą, a wesoło się zrobiło kiedy z jednej i drugiej strony szła ta sama piosenka. Miarka się przebrała kiedy ktoś puścił Kult. Ok., lubię sobie czasem posłuchać, ale może niekoniecznie na rammsteinowym afterparty. Na szczęście zbliżała się godzina duchów, a z nią nasza kolejka na Gdańsk Główny gdzie w depozycie spoczywały nasze plecaki. Publiczny transport miejski, do którego kolejki SKM można zaliczyć, charakteryzuje się tym, że w nocy zawsze znajdzie się ktoś kto chce dać komuś innemu w ryj. A, bo spojrzał, a bo zaczepił, a bo tak, a bo nudno, a bo jeden drugiego trącił, a bo coś tam jeszcze. I właśnie wchodząc do wagonu jeden z afterowiczów miał taką przygodę, iż pchnął sobą jakiegoś łysego pachołka, na co ten się bardzo zbulwersował i próbował z kolegą, także po chemioterapii, wielką ciemną postać zastraszyć. Ten był wielki ale też napierdolony jak szpadel, więc nie do końca wiedział co się dzieje, ale nim jednak groźby weszły w czyn pojawił się niepozorny na pierwszy rzut oka konduktor i rozgonił towarzystwo.
Dalej to już z górki; o 4:31 pożegnaliśmy Gdańsk Główny i Gdańsk w ogóle, a niewiele ponad 9 godzin później powitaliśmy Kraków i Główny i w ogóle.

Przez następne kilka dni młóciłem Rammsteina zarówno w domu jak i na zakładzie, unikając nagrań z koncertu, by sobie nie popsuć własnego obrazu, aż przerzuciłem się na bohaterkę, której koncertu także nie mogłem się doczekać, a tak się składało, że w piątek przyszło jej grać w Krakowie. Ona też na R.
Rykardę Parasol odkryłem ponad dwa lata temu dwa dni przed jej koncertem w Alchemii. Tak się wtedy niefortunnie złożyło, że nie mogłem dotrzeć na ten występ, ale obiecałem sobie, że następnego już nie przegapię. Przeważnie słowny jestem gość, jednak niechcący się okłamałem i kolejny jej koncert, także w Krakowie, opuściłem. Właściwie nie wiem dlaczego. Chyba w ogóle nie byłem świadom, że gwiazda zamierza odwiedzić gród Kraka w jeden z grudniowych wieczorów. Końcówka zeszłego roku to dla mnie zagadka. Kilka tygodni temu zmierzając na piwo do RE rozmawiałem z koleżanką o Rykardzie i o tym, że dwa razy mi zwiała i jak mi z tym źle i wtedy wyrósł przede mną plakat (no, drzwi do RE) a na nim Rykarda i data; 18.11. Mówisz-masz. Co prawda to koncert w ramach festiwalu Kobieca Transsmisja, także w okrojonej formie, ale jednak! Jakby na zawołanie.
Piątek nadszedł szybko. Rykarda zagrała; bardzo krótko, bo godzinę, ale jakbym jej nie zauważył. Lewitowałem sobie gdzieś pod sufitem. Skończyła i upadłem. Wywołaliśmy ją na bisy i przekonaliśmy do jeszcze dwóch piosenek, ale po nich był już naprawdę koniec. Być może jej się nie chciało, być może była zmęczona, pewnie jedno i drugie, ale i tak do 1. w klubie z zespołem siedziała. Osobiście pewnie bym jej nie polubił; niby pół-polka, ale dobry wieczór przez gardło jej nie przejdzie i kiedy się już odzywa to raczej chłodno. No ale przy tym głosie i atmosferze jaką tworzy można jej to wybaczyć.

— 21 listopada 2011

skomentuj (0)

Poprzednie